Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Kinematografia, czyli o wpływie filmów…

Kocham kino.Uwielbiam oglądać filmy, zarówno w kinie, po ciemku, z popcornem i tajemniczymi odgłosami z widowni, jak i w domu, na tv czy laptopie… oglądam namiętnie, nie tylko wielkie, oskarowe produkcje, nie tylko mądre, z przesłaniem, lubię też tandetne komedie, ckliwe romansidła, banalne tematy i mało odkrywcze ujęcia…mogłabym spędzać w kinie każdą wolną chwilę… Oczywiście najwspanialej jest gdy reżyser jest najwyższych lotów, aktorzy wprost z oskarowej czołówki, scenariusz stworzony przez mistrza pióra, a za kamerą stoi Artysta. Gdy historia prowadzi nas za sobą, a my nie możemy się doczekać rozwoju akcji… Dziś obejrzałam „Chemię’… Historia oparta na faktach, które większość nas zna z gazet, wzruszająca opowieść o normalności wobec wyroku śmierci, o sile miłości, o sile w ogóle… Od czasu choroby na tego typu filmy patrzę inaczej… Potrafię się utożsamić, nie ma we mnie dystansu, pomimo tego, że jednak moja historia jest raczej lżejszego kalibru. Czasem , jak dziś, czuję złość na samą siebie, że jestem tak leniwa, tak mało konsekwentna, tak rozciapana, tak ciężko mi samą siebie zmobilizować, zmusić do jakiegokolwiek wysiłku… Jeszcze teraz, kiedy Tomek w delegacji, bez Jego towarzystwa, Jego motywacji, robienia pewnych rzeczy razem, nie potrafię ruszyć tyłka spod kołdry…. A przecież są ludzie dużo bardziej dotknięci przez życie, przez choroby, doświadczeni dużo ciężej, bardziej zmęczeni, mniej sprawni Chciałabym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudzić się jutro naładowana jak bateryjka Duracella, żeby robota paliła mi się w rękach…. Sprzątanie, prasowanie, układanie książek i pościeli, mycie okien, a na koniec dnia radosny marsz na siłownię…

A do tego jeszcze ta fura wątpliwości, które ostatnio ogarniają mnie przy byle okazji… A to prezent nie ten , kupiony jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, pozbawiony rozsądku i nie przemyślany…. A to rzucone przez Syna podczas rozmowy telefonicznej zdanie-szpilka, a to perspektywa utraty pracy, słowotok myślowy atakuje mnie co wieczór tuż po zgaszeniu światła…Jedynie ciepły dotyk Ukochanego daje chwilę wytchnienia, rozmowa z nim, spokojny ton Jego głosu, opiekuńczy uścisk Jego ramion… Chyba uzależniłam się…

Kłamstwo jako przedsmak, panika czy wypadek przy pracy?

Zostałam wychowana przez Mamę w chronicznym braku zaufania do ludzi, facetów przede wszystkim… Na przeciwnym biegunie był Ojciec z sercem na dłoni, pomocą każdemu i wiarą w dobre intencje… Mama zawsze miała jakieś ale.. I snuła wizję różnych dramatów, które mogą mnie spotkać gdy zbyt komuś zawierzę… I szczerze mówiąc bujałam się pomiędzy tymi dwoma postawami, miotana w zależności od tego co akurat działo się w moim życiu… Bliższa jednak mimo wszystko była mi postawa Taty, kocham ludzi, ciągle w nich wierzę, lubię ich towarzystwo… Wielokrotnie doznałam z ich strony dobra, pomocy, szczególnie przez ostatni rok, kiedy tak źle mi było samej ze sobą.. Pisałam już o tym… O przynoszonych zupach, spacerach z psem żebym mogła później wrócić do domu, wyciągania za uszy z mentalnego dna…

Oczywiście dostałam też parę razy po dupie, zaufałam za bardzo i za szybko, cierpiąc potem ciszej lub głośniej…

Teraz zaufałam na sto procent, bardziej niż kiedykolwiek i komukolwiek, pomimo szeptów Mamy w tle, oddałam całe serce, cały umysł, powierzyłam całe życie temu Jedynemu… Zapragnęłam inaczej niż do tej pory, trzymać za rękę kogoś, przed kim nie będę miała tajemnic, sekretów, wstydów i ograniczeń, kogo nigdy w życiu nie będę musiała się bać… Dostał dostęp do bloga, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie mu ciężko „publicznie” czytać o naszym wspólnym życiu… Ten wpis mu tego nie ułatwi… Sorry Darling, obiecałam tu być szczera w 100 %.

Pomimo tej naszej związkowej szczerości miałam w sobie strach przed powtórką życiowej klapy… W końcu prawie każdy Mężczyzna mojego życia w końcu mnie zawodził…

Do dzisiaj nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zaufałam Tomaszowi… Jedno małe kłamstwo, mini oszustwo, próba ukrycia czegoś przede mną rozwaliło mnie totalnie.. Świat przez chwilę zatrząsł się w posadach, w wyobraźni widziałam już siebie bez Niego, widziałam już samotne noce i konieczność układania wszystkiego od nowa… No bo jeśli w ogóle może skłamać, jeśli w ogóle przeszło mu przez myśl wyłączyć mnie z czegoś to przecież może zrobić wszystko.. To samo co Seba… A może i więcej… Mama jak zwykle doradziła ograniczenie zaufania, brak wspólnoty majątkowej, brak posunięć, które mogą mnie finansowo wykończyć gdyby jednak okazał się świnią.. Qrwa nie chcę tak, albo na sto procent albo w ogóle! Dość mam związków na pół gwizdka, dość ukrywanych dochodów, potajemnych romansów, poczucia samotności pomimo dzielenia łóżka i życia… Warunek jest jeden.. Nigdy więcej albo żegnaj… Nie piszę się już na nic na niby, na nic na wszelki wypadek, na nic zamiast… Na nic ze strachu przed samotnością czy finansowym dnem… Kompromis w tym wypadku jest poza moimi możliwościami… I choćbym miała już nigdy więcej nie kochać nie pozwolę się tak ranić… Tak cholernie mi przykro…. Uwierzyłam w bajkę a przecież bajek nie ma i księcia na białym rumaku też nie….

Przyjaźń… wielkie słowo…czasem zbyt…

Zawsze mnie to boli i dotyka bardzo osobiście… Cholernie przywiązuję się do ludzi… I zawsze przeżywam jeśli znikają z mojego życia…Ostatnio mocno przeżyłam konflikt z koleżanką,choć oczywiście był czas kiedy nazywałam Ją przyjaciółką, kiedy poróżniły nas pożyczone i nie oddane w terminie pieniądze… Niby niewielka suma ale sposób unikania odpowiedzialności, konieczność wymuszania i wyżebrywania kolejnej spłaty zraziła mnie skutecznie… Teraz, z perspektywy, wiem, że nie tylko to nas różniło… To był ten typ osoby, że albo myślisz tak jak ona i mówisz to co ona chce usłyszeć, albo jest obraza majestatu. Z moją szczerością długo to nie przetrwało, pierwszy konflikt miałyśmy właśnie o różnicę zdań i moje rady, które ja traktowałam jako chęć pomocy a ona odebrała jako krytykę… Reanimowanie tej relacji skończyło się kolejnym konfliktem… Teraz stoję przed kolejnym dylematem… Czy reanimować, walczyć o relację z osobą, którą znów niedawno nazywałam przyjaciółką, czy pozwolić jej odejść, bo przecież nikogo nie da się zmusić do kontynuowania znajomości… Wściekam się, bo czuję się niesprawiedliwie oceniona, padły ciężkie słowa, których akurat po niej się nie spodziewałam….Jednocześnie mam poczucie, że ta kłótnia była trochę przedszkolną kłótnią w piaskownicy….Boli… Nie, ja oczywiście też nie jestem bez winy, dałam ciała, nie uprzedziłam, za szybko wylałam z siebie swoje żale… I co teraz… Czy dwie, dorosłe przecież, kobiety nie mogą po prostu porozmawiać ?

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Trudne pytania i sens na nie odpowiedzi…

Zbliża się Święto Zmarłych…I ta cholerna pogoń od cmentarza do cmentarza, w kilometrowych korkach, w tłumie pachnącym naftaliną i dymem ze zniczy…Lubię cmentarze tylko po zmroku, z magią tysiąca światełek…padło dziś pytanie czy przyjedziemy a na moją negatywną odpowiedź padło pytanie pogłębiające „to ty w ogóle nie masz zamiaru odwiedzić ojca??”. No kurwa nie mam. I tu foch.”no bo ja nie rozumiem co ci się stało”"bo jest mi przykro”. Fuck!!! Czy co roku będziemy przerabiać ten temat?? Ile razy ja zastanawiałam się nad sensem powiedzenia Jej prawdy. Ile razy rozważałam wszystkie za i przeciw… Niby jak mam wykrztusić patrząc Jej w twarz „Mamo Twój ukochany świętej pamięci mąż mnie molestował i dlatego nie mam ochoty chodzić na jego grób.” Czujecie tą abstrakcje? Albo nie uwierzy albo wyśmieje albo padnie trupem na miejscu…jest 80 procent szansy, że stracę Matkę… a nie mam ochoty być całkowitą sierotą…Trochę Ją rozumiem. Przecież kochałam Ojca. Pomimo wszystko.  Przecież rozpaczałam  po Jego śmierci. Przecież Jej się to nie sklei. I w sumie co by mi to dało? Może spokój jakiś i brak zastanawiania się co jakiś czas, czy wiedziała i celowo nie ochroniła własnej córki czy była głucha i ślepa?? Mimo upływu czasu i tylu sesji terapeutycznych  temupoświęconych to wciąż co jakiś czas wraca. Jak jakiś pieprzony bumerang. Smród ciągnie się za mną. Tego też mam dość. Czasem myślę, że chciałabym wybiórczo amnezji doświadczyć ale przecież już jej doświadczyłam.  Tylu faktów nie pamiętam… ile miałam lat? Kiedy to się działo? Ale Jego zapach kurwa pamiętam do dziś… I szorstkość Jego zarostu…I paniczny strach…I wstyd…z resztą wstydzę się do dziś…Że nie krzyczałam…Nie odepchnęłam…Nie poskarżyłam się…A najbardziej, że przez jakiś czas sama siadałam mu na kolanach….Aż mnie mdli…I niby jak mam to wszystko powiedzieć własnej Matce??

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Starość… zawsze się jej bałam….

IMG_20170829_192309_707Byliśmy w weekend u mojej 94-letniej Babci w domu opieki. Jestem tam rzadko, najrzadziej jak się da. Nie mam ochoty jej oglądać, nie wiąże mnie z Nią żadne uczucie. Nie wiem czy kiedykolwiek ją kochałam. Pamiętam tylko kłótnie rodzicow z Nią, pyskówki, jak oskarżała ich wzajemnie o różne rzeczy. I jak próbowała też mnie wówczas 7 letniej wmówić jakieś pierdoły. Kajem nigdy się specjalnie nie zajmowała bo nie ufaliśmy jej wcale. Ojciec na samym początku choroby usłyszał od niej, że to kara za grzechy… Mama nigdy nie mówiła o Niej ani czule ani z miłością. Po śmierci Taty zarzynała Matkę trucizną obgadywania wszystkich za wszystko a po pojawieniu się nowego partnera Mamy szala jadu i goryczy przelała się gwałtownie i skończyła wyprowadzeniem jej na siłę z domu Rodziców. Potem juz nigdy razem nie zamieszkały aż w końcu wylądowała w domu opieki. Mama co miesiąc ogołaca się z kasy byleby tylko uspokoić wyrzuty sumienia, całkiem niepotrzebne wg mnie. Babcia by ją zatruła śmiertelnie jestem pewna. Nadal syczy i zieje nienawiścią, karmi się nią wręcz, pewnie dlatego wciąż żyje mimo mnóstwa chorób na karku. Ale nie o tym chciałam… za każdym razem kiedy ją widzę przeraża mnie poziom niedołężności starczej, zniszczenie ciała, utrata powoli wszystkich zmysłów, zamknięcie w czterech scianach z obcą osobą w otoczeniu obcych ludzi… bezosobowo, bez sensu, bez nadziei na zmianę ,czekając na śmierć…. Starość się Panu Bogu nie udała… nie chcę jej takiej doczekać… nie chcę zostać sama na łasce teoretycznie najbliższych… nie chcę zmuszać Kaja do dylematów typu „co z nią zrobić” …wolę odejść trzymając Ukochanego za rękę … byleby też nie za wcześnie…Bo tak w ogóle boję się śmierci  wciąż tak samo, nie zbliżyło mnie do Niej grudniowe „otarcie „się o nią… przeciwnie wzmogło apetyt na życie… spotęgowało strach…

List do S. Tylko bez nadinterpretacji….

Był sławny „List do M.”to teraz będzie do S. Synku mój najukochańszy… Już widzę jak się krzywisz…Muszę do Ciebie napisać, bo nie jestem w stanie w tej chwili normalnie z Tobą porozmawiać. Zbyt w Nas buzują emocje, mnie ściska w gardle i łzy ściekają po policzkach… A Ty negujesz wszystko co mówię i próbuję Ci przekazać i wściekasz się za te łzy, a ja nie umiem ich powstrzymać… chyba jeszcze nie dorośliśmy do tej rozmowy… A ponieważ już raz przestraszyłam się śmierci i wiem jak niespodziewanie przychodzi i jak szybko zmienia nasze plany wolę napisać do Ciebie parę słów, które nie zginą. I upoważniam niniejszym Was moi drodzy czytelnicy do wpuszczenia dziecka mego na ten teren , gdy nadejdzie taka potrzeba…i może to zrobić każdy z Was gdy uzna,że jest na to moment. Oczywiście gdy sama już nie będę mogła o tym zdecydować. Ufam Wam… Zatem. Mój Drogi, przede wszystkim chciałabym Cię prosić o wybaczenie. Że nie byłam taką matką jaka sprostałaby Twoim oczekiwaniom. Że myliłam się ciągle, że byłam agresywna i zła, że płaciłeś za niespełnione marzenia i nieudane życie miłosne. Że byłeś świadkiem rozpadu naszej rodziny przez tyle lat, a przede wszystkim, że porzuciłam Cię dla durnego zatrzepotania serca i głowy , że śmiałam wyrzec się Ciebie, uciec przed byciem matką, że zapłaciłeś za moją niedojrzałość i niewyleczone traumy. Nie usprawiedliwia mnie to czego się dowiesz z tego bloga. Fakt spieprzonego w dzieciństwie poczucia moralności , mylenia wiecznego pożądania z miłością, szukania wciąż i wciąż od nowa czegoś co nieznajdywalne…Ojciec mnie wypaczył. Niestety zbyt późno dotarły do mnie konsekwencje Jego błędów. Zbyt dużo procentów przyswoiłam po drodze. Tak , to prawda, nie planowałam macierzyństwa ani małżeństwa. Ale to na prawdę nie znaczy , że nie kochałam Cię od chwili kiedy Cię ujrzałam a nawet wcześniej gdy byłeś tylko rojem motylków w moim brzuchu…twoje piękne granatowe oczy, Twoje paluszki zaciskające się na moich, Twoja zależność od nas… potem Twój indywidualizm od pierwszych słów wypowiadanych, własnoręcznie od zawsze obierany kierunek, Twoja nieugięta chęć samodecydowania i samoistnienia…. Niełatwo Cię kochać… Z Twoim obruszaniem się na każdy dotyk czy przejaw troski…. A kocham Cię całym sercem… Oddałabym Ci świat zapakowany w kokardkę, wyprostowałabym każdy zakręt na życiowej drodze, usunęła każdy kolec, wyeliminowała każdą bakterię czy wirus latający wokół, odsunęła wszystkich krzywdzących Cię ludzi… Nie do zrobienia, wiem…Już zawsze będę drżała o Twoje bezpieczeństwo… W taki sposob kocham… Nie umiem inaczej… Choć zmuszam samą siebie wciąż i wciąż od nowa do odpuszczania, odsuwania się, puszczania Cię wolno…. Kochanie postaraj się mnie zrozumieć, jesteś sensem mojego istnienia, moim głównym powodem do życia, do walki…. Byłeś inspiracją moich życiowych zmian, dla Ciebie także wytrzeźwiałam, także dla Ciebie robiłam pierwsze kroki w szpitalu… Żebyśmy mieli szansę na normalną rozmowę kiedyś, żebym mogła kiedyś wytłumaczyć , wyjaśnić….żebym mogła iść jeszcze kiedyś z Tobą niekoniecznie za rękę… Wiesz czemu wciąż chcę Cię przytulać ? Bo pragnę nadrobić ten czas kiedy bałam się to robić, żyłam w strachu, że to co zrobił mój Ojciec zaraźliwe było i w jakiś sposób przeszło na mnie, bałam się zrobić Ci krzywdę… Tym bardziej , że przy ciągłej nieobecności Ojca Twego , na Ciebie podświadomie kładłam rolę faceta w domu…A przecież miałeś być dzieckiem….Może dlatego wciąż nie mogę przestać traktować Cię jak dziecko… Najdroższy , dużo w tej naszej relacji bólu, nieprawidłowości, kłamstw, przemocy… Mam nadzieję, że zanim przeczytasz te słowa zdążymy coś naprawić… że znów mi zaufasz i uwierzysz i zaakceptujesz to , kim się po udarze i przejściach zeszłego roku stałam…. Kocham Cię i modlę się za Ciebie i Twój świat…

Samotność z wyboru,od urodzenia…

hiper-samotnosc nnFizycznie nie jestem sama… Mam Jego, mam przyjaciół sprawdzonych juz niejednokrotnie, gotowych na rozpaczliwe wezwanie, jak w zeszłym roku „pojechał sam do Paryża,pomocy !!”, rzucić wszystko i poświęcić mi swój czas, mam Syna ukochanego, jedynego, trudnego w swej niezależności i niechęci do dzielenia się swoim światem, mam Mamę, z którą dobrze nam ostatnio bardzo, mam Siostrę nierodzoną, daleko ale rozumiejącą wiele i wspierającą bardzo, ale pomimo tych wszystkich ukochanych osób, przychodzą momenty kiedy czuję się samotna… czy dlatego, że świat moich wewnętrznych przemyśleń skomplikowany jest i oplata moje wnętrze mnóstwem odnóg, czy dlatego,że tyle lat czułam się jednak samotna ze swoimi traumami, których nikt nie rozumiał, że działa gdzieś jeszcze przyzwyczajenie wieloletnie ,czy może po prostu jest we mnie jakaś samotność wrodzona, stanowiąca cześć mojego charakteru, duszy mojej…. lubię czasem być sama, nabieram wtedy dystansu jakiegoś, mam czas, żeby spojrzeć na wszystko z odległości, wyostrzyć swoje błędy, potknięcia, nawyki niekoniecznie pozytywne, powiedzieć sobie w twarz „przestań, weź się w garść,  jest lepiej niż mogłoby być, doceń to co wokół , nie lataj w kosmos ,utnij „a gdyby” , zaakceptuj nieodwracalne….” I mimo , że brak mi ciepła Jego dłoni , oddycham ciut głębiej i sprawdzam, że daję radę choć na tak maleńkim polu… Lubię czasem ugotować coś tylko dla siebie, wziąć długą samotną kąpiel, wyspać się za wsze czasy, polenić bez wyrzutów sumienia, gdybym tylko jeszcze  mogła wsiąść w samochód, pojechać do lasu potulić brzozy, pójść samej do kina czy na obiad,odwiedzić kogoś niespodziewanie i bez zapowiedzi, pojechać stanąć przy grobie Norusi i pogadać do niej ciut….cierpliwości mi trzeba…