Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Dziękuję…

Popłynęłam ostatnio… ulało mi się. .. cóż, ja też mam gorsze dni… pomimo miłości, która mnie zalewa za każdym razem, kiedy na Niego patrzę… pomimo codziennych nad Nim zachwytów… tkliwości ogromnej, o którą się nie podejrzewałam… trochę się musiałam nad sobą poużalać, poskarżyć, pomiauczeć w przestrzeń… by móc to przeczytać w taki dzień jak dziś albo kiedyś tam i nie zapomnieć, że życie jest kruche, że nic nam nie jest dane na zawsze, że trzeba doceniać, nie bać się mówić o radości codziennej…o małych, codziennych zachwytach. .. jestem sobie na dobrowolnym wygnaniu w rodzinnym mieście pod skrzydłami wciąż nadopiekuńczej Mamy – a to akurat mi się przyda, bo pozwala spojrzeć inaczej na swoją nadopiekunczość wobec Młodego… tysiąc kilometrów od Ukochanego… tęskniąc słodko i czekając na Jego powrót… perspektywa odległościowo-czasowa pozwala trochę się bardziej przyjrzeć własnym uczuciom…. Jaka ja jestem wdzięczna Bogu czy komu tam za to, że dane nam było się spotkać. .. ten facet mnie uratował…I nie tylko w sensie dosłownym dzwoniąc odpowiednio szybko po pogotowie…On uratował moją duszę…przed totalnym oddaniem się rozpaczy i kolejnym życiowym zagubieniem…wiem, że mam skłonności autodestrukcyjne… gdzieś tam głęboko… zawsze we mnie były…uśpione byciem żoną i matką…I wiem, że pozbawiona tych dwóch ról mogłabym pozwolić sobie zejść na samo dno swojej duszy…wiem, bo czułam to w pewnym momencie…w tych czarnych godzinach nocnych, paląc fajkę za fajką i gadając do księżyca, wsłuchując się w oddech śpiącej Nory…jak blisko byłam wtedy powrotu do chlania wiem tylko ja… jak blisko sprzedania się za obietnicę wygodnego życia i  uśpienia tego panicznego strachu, że sobie nie poradzę…nie, nie zabiłabym się… zabrakło mi odwagi albo zbyt mało jednak się bałam życia…ale być może zabrakło by innych hamulców…Tomasz pojawił się dokładnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny…I powstałam jak feniks z popiołów…uścisk dłoni tego takiego sobie zwykłego gościa, którego łysina zdawała się być przeszkodą…Jego poczucie humoru… bezpretensjonalność… Jego szczerość… , w których odnalazłam spokój…Dziękuję za Niego…

Samotność z wyboru,od urodzenia…

hiper-samotnosc nnFizycznie nie jestem sama… Mam Jego, mam przyjaciół sprawdzonych juz niejednokrotnie, gotowych na rozpaczliwe wezwanie, jak w zeszłym roku „pojechał sam do Paryża,pomocy !!”, rzucić wszystko i poświęcić mi swój czas, mam Syna ukochanego, jedynego, trudnego w swej niezależności i niechęci do dzielenia się swoim światem, mam Mamę, z którą dobrze nam ostatnio bardzo, mam Siostrę nierodzoną, daleko ale rozumiejącą wiele i wspierającą bardzo, ale pomimo tych wszystkich ukochanych osób, przychodzą momenty kiedy czuję się samotna… czy dlatego, że świat moich wewnętrznych przemyśleń skomplikowany jest i oplata moje wnętrze mnóstwem odnóg, czy dlatego,że tyle lat czułam się jednak samotna ze swoimi traumami, których nikt nie rozumiał, że działa gdzieś jeszcze przyzwyczajenie wieloletnie ,czy może po prostu jest we mnie jakaś samotność wrodzona, stanowiąca cześć mojego charakteru, duszy mojej…. lubię czasem być sama, nabieram wtedy dystansu jakiegoś, mam czas, żeby spojrzeć na wszystko z odległości, wyostrzyć swoje błędy, potknięcia, nawyki niekoniecznie pozytywne, powiedzieć sobie w twarz „przestań, weź się w garść,  jest lepiej niż mogłoby być, doceń to co wokół , nie lataj w kosmos ,utnij „a gdyby” , zaakceptuj nieodwracalne….” I mimo , że brak mi ciepła Jego dłoni , oddycham ciut głębiej i sprawdzam, że daję radę choć na tak maleńkim polu… Lubię czasem ugotować coś tylko dla siebie, wziąć długą samotną kąpiel, wyspać się za wsze czasy, polenić bez wyrzutów sumienia, gdybym tylko jeszcze  mogła wsiąść w samochód, pojechać do lasu potulić brzozy, pójść samej do kina czy na obiad,odwiedzić kogoś niespodziewanie i bez zapowiedzi, pojechać stanąć przy grobie Norusi i pogadać do niej ciut….cierpliwości mi trzeba…

Kocham…twoje dlonie…

Kocham Twoje dłonie.. patrzyłam ostatnio na Twoją ręke, lezącą na moim udzie podczas podróży samochodowej do mojego rodzinnego miasta. Kocham ich uścisk mocny,dający bezpieczeństwo, będący przystanią i najbezpieczniejszym miejscem na świecie, kocham ich wsparcie gdy znów zabraknie równowagi na jeżyckim nierównym chodniku,kocham ich siłę gdy wnosisz mnie po schodach z gipsem na kolejny raz skręconej kostce, kocham ich rozgrzewające ciepło gdy lato jakoś takie niezbyt tropikalne wokół, gdy obejmują moją twarz czule i z miłością, gdy odgarniasz z niej kosmyki moich niesfornych blondów, gdy Twoje palce wypełniają mnie w porywie namiętności, gdy obejmują mnie w zaborczym uścisku pt „moja ona jest”….uwielbiam ich siłę i gwarancję spokoju… pamiętam kiedy zalana łzami po powigilijnej, emocjonalnej rozmowie z Sebą prawie biegłam do Ciebie (prawie,bo trudno biec na wózku),żeby uspokoić rozedrgane serducho… I ten spokój, który na mnie spłynął w chwili gdy zamknąłeś mnie w swoim uścisku. ..kocham Twoje ręce…

nowe życie czas zacząć!

za tydzień stąd wychodzę! Trochę sama to wyprosiłam tłumacząc lekarzom, że mój mózg obleczony w watę jakąś zbyt leniwy się stał, brak mu wysiłku jakiegokolwiek a nawet chęci albo wręcz konieczności żeby go do tego wysiłku zmusić. Muszę, pomimo strachu , zmierzyć się ze swoim życiem ponownie, stanąć naprzeciw trudnościom , wyborom… nie chcę już dłużej uciekać…muszę znów uwierzyć w siebie, w swoją siłę, wartość i możliwości.I to bez względu na obecność i wsparcie T.Nie , nie mam zamiaru znów bawić się w Zosię Samosię, bo już wiem do czego może to doprowadzić.Po prostu wiem , że jeśli nie uwierzę w siebie ponownie, Jego miłość i pomoc nie wystarczą mi do tego, żeby się pozbierać.Dlatego postanowiłam wrócić do” żywych”.

List do T. – miłość niespodziewana…

Drogi mój,

jesteś prezentem od Losu,Boga czy Kogo tam jeszcze. Bez Ciebie nie dałabym chyba rady… Twoja dobroć.cierpliwość, pogoda ducha, niezłomna wiara w to, że się uda,że wyjdę z tego udaru, że odzyskam sprawność…Jesteś moim bohaterem, tak mi strasznie przykro ,że zamiast obściskiwać się w kinie na kolejnej randce, chodzę z Tobą za rękę do szpitalnej toalety…Taka jestem dumna  z Ciebie, imponujesz mi codziennie, taka jestem zaskoczona ,że pojawiłeś się w moim życiu, kiedy nie spodziewałam się już niczego dobrego.Nie spodziewałam się też po sobie,że tak się zaangażuję,że będę tak otwarta na Ciebie, tak pełna miłości, tak pewna swoich i Twoich uczuć…Strach gdzieś zniknął, została pewność, że chcę zostać Twoją Żoną… zostałabym pewnie nawet matką Twoich dzieci gdybyś chciał…..Kochany dziękuję Ci za to jaki jesteś wobec mnie i moich bliskich….Jestem Twoja….

Egoistą być?!

Czy istnieje coś takiego jak zdrowy egoizm? Jeśli tak, to gdzie przebiega granica pomiędzy zdrowym a „chorym”? Czy traktowanie czyjegoś zachowania, jako przesadnego egoizmu, zależy od tej osoby czy są jakieś ogólnie pojęte normy? Czy mamy prawo do bycia egoistą? Czy usprawiedliwiać nas mogą doświadczenia ostatnie i traumy? Czy można być jednocześnie egoistą i empatycznym człowiekiem? Czy można jednocześnie być egoistą i mieć dobre serce? Czy inaczej powinniśmy rozpatrywać egoizm w kontaktach z najbliższymi: rodziną, przyjaciółmi a inaczej z obcymi?

Zarzuca mi się ostatnio egoizm. W podtekście i z tonu wygłaszającej tą opinię osoby wynika, że mówimy o tym złym, zbytnim, nieprzystającym… Zarzuca mi się… Nie, tak nie wolno mi pisać. Miałam tu być szczera przede wszystkim przed sama sobą. Moja Mama ostatnio często używa tego określenia wobec mnie. W kontekście ostatnich wydarzeń związanych z jej samopoczuciem, reakcją na drastyczne zmiany w moim życiu powodujące drastyczne zmiany w życiu jej, przeprowadzką do innego miasta. Że umniejszam dramaty przez nią przeżywane kierując się jedynie swoim cierpieniem i swoja życiową zmianą i strachem przed nią, że nie jestem chętna do pomocy przy ogarnianiu sterty rzeczy do spakowania, że bagatelizuję problemy zdrowotne, że „głupoty mi w głowie”, gdy ona „ma inne problemy”. I to najdotkliwiej raniące „no przecież ty sobie jakoś radzisz” wypowiedziane wręcz ze zdziwieniem i pretensją.

Buntuję się ostatnio mocno przed osądzaniem moich decyzji i postępowań, przed próbą dopasowywania mnie do jakichś szablonów, przed narzucaniem mi jakichś norm, przed „a powinnaś”, „a nie wypada”, „a musisz”. Buntuję się przed określeniami typu „na zawsze”, „do końca”, przed dawaniem gwarancji jakiejkolwiek na cokolwiek. Buntuję się przeciwko pakowaniu mnie w jakieś symboliczne klatki ograniczeń wynikających z czyichś przekonań w stosunku do mnie i reszty świata.

Mam wewnętrzną, bardzo silną, potrzebę życia po swojemu, choć tak naprawdę sama jeszcze nie wiem, co to „po swojemu” znaczy. Kierowania się na ten moment swoim bezpieczeństwem, swoimi chęciami, swoim postrzeganiem świata i ludzi. Uciekam, kiedy chcę uciec, wybieram samotność, kiedy jej potrzebuję.

Jednocześnie jednak potrafię poprosić o czyjąś obecność, gdy towarzystwo wydaje się być niezbędne, poprosić o pomoc, gdy samej nie daję rady, dając jednak temu komuś prawo do odmowy i licząc się z jej możliwością.

Nigdy nie byłam potulna, pokorna, zastraszona czy obezwładniona nieśmiałością. Ale jest we mnie jakiś bunt teraz, w kontraście jakby do poprzednich lat podporządkowanych jednak w większym stopniu potrzebom innych osób. Jakaś ogromna potrzeba poczucia wolności i niezależności własnej, może chęć udowodnienia sobie, że dam radę z pokonaniem własnych strachów i ogarnę nową rzeczywistość SAMA właśnie???

Na naukę nigdy nie jest za późno…

Mam przyjaciół. Sprawdzonych, cudownych, dobrych, pięknych i mądrych ludzi. Od czasu uświadomienia sobie własnego problemu alkoholowego przewartościowałam swoje życie i częściowo zamierzenie a częściowo przypadkiem zweryfikowałam ludzi , których wpuszczam do swojego świata. W tej chwili jest to grono przebogate w osobowości, doświadczenia życiowe, niby kompletnie różni a jednak posiadający wspólny mianownik. W większości dojrzali także wiekowo choć zdarzają się perełki bardzo młode a mimo to epatujące życiową mądrością. Kocham Ich wszystkich. Każdego inaczej, każdego na swój sposób. Są. Pomagają. Dzwonią. Pytają. Nie zostawiają samej choć pozwalają na samotność, jeśli widzą, że tego akurat mi trzeba. Jedni przynoszą słoik  ciepłej zupy, inni zaciągną na siłę do kina albo zmuszą do spotkania w grupie, ktoś wyjdzie z psem, żebym nie musiała gnać do domu jak wariatka, kolejni wyciągną na rower czy siłownię, ktoś popłacze razem ze mną, ktoś inny kopnie w tyłek z uśmiechem, jeszcze ktoś ze szczerością absolutną wciśnie do ręki zwitek banknotów i powie : „Wiem, że wygląd był i jest dla Ciebie ważny. Wiem, że teraz przeraża Cię Twoja przyszłość finansowa więc  ograniczasz wydatki ale proszę idź do fryzjera, kosmetyczki, kup sobie nową sukienkę i wyjdź na miasto ze świadomością jak piękną i wartościową kobietą jesteś.”  (nigdy Ci tego nie zapomnę Najdroższy Przyjacielu). Jest też taka jedna osoba, wywodząca się z grona grupy dysfunkcyjnych, która ma genialną zdolność do obserwowania rzeczywistości i komentowania jej w punkt, która udziela najwspanialszych, mądrych rad, której słownictwo i poziom wiedzy i wykształcenia zawstydzają mnie niejednokrotnie. Która to swoje absolutnie trafne przemyślenia przelewa na papier (zarówno wirtualny jak i ten dotykalny) i na której książkę czekam z niecierpliwością i nadzieją, że powstanie. I to właśnie Ona sprawiła mi wczoraj ogromna niespodziankę i zaszczyt poświęcając swój blogowy wpis mojej skromnej osobie. To co przeczytałam wzruszyło mnie i lekko zażenowało ale w jak najbardziej pozytywnym sensie. Ale też zmusiło do refleksji nad samą sobą. Czy ja rzeczywiście precyzyjnie formułuję granicę? Czy rzeczywiście emanuję kobiecością i jestem świadoma swoich potrzeb? Poza tym jest kolejną osobą w ciągu ostatnich paru dni mówi o mnie jako o osobie ceniącej dostatek. To wystarczający sygnał by przyjąć taką opinię za prawdziwą.

Kochana Moja Przyjaciółko – dziękuję Ci za te słowa. Poczułam się wyjątkowa.


http://www.kryptoesencja.pl/2016/10/najpiekniejsze-9.html

Steven Vigil 8