Święta, święta i po…czyli o tym jak trudno się zmienić…

Drugi dzień świąt… kurz już trochę opadł… nawet nieco odzyskałam oddech po świątecznym wyścigu po perfekcyjne święta… w którym jak co roku zajęłam jedno z ostatnich miejsc.. świąteczny zajob nie wiadomo o co i po co jak zwykle skosił to, co w teorii przynajmniej powinno być najważniejsze… może właśnie odnalazłam przyczynę bólu głowy, który mnie trzyma czwarty dzień… może jednak to nie kolejny udar czający się w moim ciele, nie guz mózgu, nawet nie skutek uboczny wznowionego niedawno antydepresantu, tylko przegrana z góry walka sama nie wiem o co….lampeczki świecące się gdzie się da nie rozjaśniły mi w głowie na tyle, żebym uniknęła sama siebie… z resztą… wyłazi ze mnie okropna żona byłego męża, którą tak trudno znieść, że należy ją wymienić na inny, ulepszony model… i nie mówię o wieku ani o tuszy czy rozmiarze biustu… wredota, krytykująca, poprawiająca, oczekująca ch…j wie czego… bo ona sobie wyobraziła, że będzie tak i nie daj Boże, żeby ktoś miał inny pomysł…. Tomaszowi zaczyna brakować cierpliwości…”daj mi święty spokój”… ha… skąd ja to znam? dopadł mnie ostatnio dół jakiś potężny, brak cierpliwości i wytrwałości w rehabilitacji, złość na nogę wciąż kulejącą, na ciało nie takie jak rok temu, na tęsknotę spływającą nieposkromionymi wciąż łzami, miłość i troska Ukochanego przestała wystarczać… wciąż mi mało… wszystkiego…

ale było też mimo wszystko miło usiąść w końcu razem przy stole… pogadać z Młodym, popatrzeć na Niego… zjeść talerz ukochanej grzybowej… i cudnie było przecież budzić się w świąteczny poranek przy Jego boku… czuć Jego ciepło… obejrzeć w nocy serial… pokochać się ostrożnie  i cicho… wypić poranną kawę z makowcem zamiast śniadania….

Życzę Wam wszystkim silnych nerwów i żołądków, umiejętności ogarniania własnych bzików i tej radości z bliskości na cały następny Rok…

Trudne pytania i sens na nie odpowiedzi…

Zbliża się Święto Zmarłych…I ta cholerna pogoń od cmentarza do cmentarza, w kilometrowych korkach, w tłumie pachnącym naftaliną i dymem ze zniczy…Lubię cmentarze tylko po zmroku, z magią tysiąca światełek…padło dziś pytanie czy przyjedziemy a na moją negatywną odpowiedź padło pytanie pogłębiające „to ty w ogóle nie masz zamiaru odwiedzić ojca??”. No kurwa nie mam. I tu foch.”no bo ja nie rozumiem co ci się stało”"bo jest mi przykro”. Fuck!!! Czy co roku będziemy przerabiać ten temat?? Ile razy ja zastanawiałam się nad sensem powiedzenia Jej prawdy. Ile razy rozważałam wszystkie za i przeciw… Niby jak mam wykrztusić patrząc Jej w twarz „Mamo Twój ukochany świętej pamięci mąż mnie molestował i dlatego nie mam ochoty chodzić na jego grób.” Czujecie tą abstrakcje? Albo nie uwierzy albo wyśmieje albo padnie trupem na miejscu…jest 80 procent szansy, że stracę Matkę… a nie mam ochoty być całkowitą sierotą…Trochę Ją rozumiem. Przecież kochałam Ojca. Pomimo wszystko.  Przecież rozpaczałam  po Jego śmierci. Przecież Jej się to nie sklei. I w sumie co by mi to dało? Może spokój jakiś i brak zastanawiania się co jakiś czas, czy wiedziała i celowo nie ochroniła własnej córki czy była głucha i ślepa?? Mimo upływu czasu i tylu sesji terapeutycznych  temupoświęconych to wciąż co jakiś czas wraca. Jak jakiś pieprzony bumerang. Smród ciągnie się za mną. Tego też mam dość. Czasem myślę, że chciałabym wybiórczo amnezji doświadczyć ale przecież już jej doświadczyłam.  Tylu faktów nie pamiętam… ile miałam lat? Kiedy to się działo? Ale Jego zapach kurwa pamiętam do dziś… I szorstkość Jego zarostu…I paniczny strach…I wstyd…z resztą wstydzę się do dziś…Że nie krzyczałam…Nie odepchnęłam…Nie poskarżyłam się…A najbardziej, że przez jakiś czas sama siadałam mu na kolanach….Aż mnie mdli…I niby jak mam to wszystko powiedzieć własnej Matce??