Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Święta, święta i po…czyli o tym jak trudno się zmienić…

Drugi dzień świąt… kurz już trochę opadł… nawet nieco odzyskałam oddech po świątecznym wyścigu po perfekcyjne święta… w którym jak co roku zajęłam jedno z ostatnich miejsc.. świąteczny zajob nie wiadomo o co i po co jak zwykle skosił to, co w teorii przynajmniej powinno być najważniejsze… może właśnie odnalazłam przyczynę bólu głowy, który mnie trzyma czwarty dzień… może jednak to nie kolejny udar czający się w moim ciele, nie guz mózgu, nawet nie skutek uboczny wznowionego niedawno antydepresantu, tylko przegrana z góry walka sama nie wiem o co….lampeczki świecące się gdzie się da nie rozjaśniły mi w głowie na tyle, żebym uniknęła sama siebie… z resztą… wyłazi ze mnie okropna żona byłego męża, którą tak trudno znieść, że należy ją wymienić na inny, ulepszony model… i nie mówię o wieku ani o tuszy czy rozmiarze biustu… wredota, krytykująca, poprawiająca, oczekująca ch…j wie czego… bo ona sobie wyobraziła, że będzie tak i nie daj Boże, żeby ktoś miał inny pomysł…. Tomaszowi zaczyna brakować cierpliwości…”daj mi święty spokój”… ha… skąd ja to znam? dopadł mnie ostatnio dół jakiś potężny, brak cierpliwości i wytrwałości w rehabilitacji, złość na nogę wciąż kulejącą, na ciało nie takie jak rok temu, na tęsknotę spływającą nieposkromionymi wciąż łzami, miłość i troska Ukochanego przestała wystarczać… wciąż mi mało… wszystkiego…

ale było też mimo wszystko miło usiąść w końcu razem przy stole… pogadać z Młodym, popatrzeć na Niego… zjeść talerz ukochanej grzybowej… i cudnie było przecież budzić się w świąteczny poranek przy Jego boku… czuć Jego ciepło… obejrzeć w nocy serial… pokochać się ostrożnie  i cicho… wypić poranną kawę z makowcem zamiast śniadania….

Życzę Wam wszystkim silnych nerwów i żołądków, umiejętności ogarniania własnych bzików i tej radości z bliskości na cały następny Rok…

Kinematografia, czyli o wpływie filmów…

Kocham kino.Uwielbiam oglądać filmy, zarówno w kinie, po ciemku, z popcornem i tajemniczymi odgłosami z widowni, jak i w domu, na tv czy laptopie… oglądam namiętnie, nie tylko wielkie, oskarowe produkcje, nie tylko mądre, z przesłaniem, lubię też tandetne komedie, ckliwe romansidła, banalne tematy i mało odkrywcze ujęcia…mogłabym spędzać w kinie każdą wolną chwilę… Oczywiście najwspanialej jest gdy reżyser jest najwyższych lotów, aktorzy wprost z oskarowej czołówki, scenariusz stworzony przez mistrza pióra, a za kamerą stoi Artysta. Gdy historia prowadzi nas za sobą, a my nie możemy się doczekać rozwoju akcji… Dziś obejrzałam „Chemię’… Historia oparta na faktach, które większość nas zna z gazet, wzruszająca opowieść o normalności wobec wyroku śmierci, o sile miłości, o sile w ogóle… Od czasu choroby na tego typu filmy patrzę inaczej… Potrafię się utożsamić, nie ma we mnie dystansu, pomimo tego, że jednak moja historia jest raczej lżejszego kalibru. Czasem , jak dziś, czuję złość na samą siebie, że jestem tak leniwa, tak mało konsekwentna, tak rozciapana, tak ciężko mi samą siebie zmobilizować, zmusić do jakiegokolwiek wysiłku… Jeszcze teraz, kiedy Tomek w delegacji, bez Jego towarzystwa, Jego motywacji, robienia pewnych rzeczy razem, nie potrafię ruszyć tyłka spod kołdry…. A przecież są ludzie dużo bardziej dotknięci przez życie, przez choroby, doświadczeni dużo ciężej, bardziej zmęczeni, mniej sprawni Chciałabym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudzić się jutro naładowana jak bateryjka Duracella, żeby robota paliła mi się w rękach…. Sprzątanie, prasowanie, układanie książek i pościeli, mycie okien, a na koniec dnia radosny marsz na siłownię…

A do tego jeszcze ta fura wątpliwości, które ostatnio ogarniają mnie przy byle okazji… A to prezent nie ten , kupiony jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, pozbawiony rozsądku i nie przemyślany…. A to rzucone przez Syna podczas rozmowy telefonicznej zdanie-szpilka, a to perspektywa utraty pracy, słowotok myślowy atakuje mnie co wieczór tuż po zgaszeniu światła…Jedynie ciepły dotyk Ukochanego daje chwilę wytchnienia, rozmowa z nim, spokojny ton Jego głosu, opiekuńczy uścisk Jego ramion… Chyba uzależniłam się…

Przyjaźń… wielkie słowo…czasem zbyt…

Zawsze mnie to boli i dotyka bardzo osobiście… Cholernie przywiązuję się do ludzi… I zawsze przeżywam jeśli znikają z mojego życia…Ostatnio mocno przeżyłam konflikt z koleżanką,choć oczywiście był czas kiedy nazywałam Ją przyjaciółką, kiedy poróżniły nas pożyczone i nie oddane w terminie pieniądze… Niby niewielka suma ale sposób unikania odpowiedzialności, konieczność wymuszania i wyżebrywania kolejnej spłaty zraziła mnie skutecznie… Teraz, z perspektywy, wiem, że nie tylko to nas różniło… To był ten typ osoby, że albo myślisz tak jak ona i mówisz to co ona chce usłyszeć, albo jest obraza majestatu. Z moją szczerością długo to nie przetrwało, pierwszy konflikt miałyśmy właśnie o różnicę zdań i moje rady, które ja traktowałam jako chęć pomocy a ona odebrała jako krytykę… Reanimowanie tej relacji skończyło się kolejnym konfliktem… Teraz stoję przed kolejnym dylematem… Czy reanimować, walczyć o relację z osobą, którą znów niedawno nazywałam przyjaciółką, czy pozwolić jej odejść, bo przecież nikogo nie da się zmusić do kontynuowania znajomości… Wściekam się, bo czuję się niesprawiedliwie oceniona, padły ciężkie słowa, których akurat po niej się nie spodziewałam….Jednocześnie mam poczucie, że ta kłótnia była trochę przedszkolną kłótnią w piaskownicy….Boli… Nie, ja oczywiście też nie jestem bez winy, dałam ciała, nie uprzedziłam, za szybko wylałam z siebie swoje żale… I co teraz… Czy dwie, dorosłe przecież, kobiety nie mogą po prostu porozmawiać ?

Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Dziękuję…

Popłynęłam ostatnio… ulało mi się. .. cóż, ja też mam gorsze dni… pomimo miłości, która mnie zalewa za każdym razem, kiedy na Niego patrzę… pomimo codziennych nad Nim zachwytów… tkliwości ogromnej, o którą się nie podejrzewałam… trochę się musiałam nad sobą poużalać, poskarżyć, pomiauczeć w przestrzeń… by móc to przeczytać w taki dzień jak dziś albo kiedyś tam i nie zapomnieć, że życie jest kruche, że nic nam nie jest dane na zawsze, że trzeba doceniać, nie bać się mówić o radości codziennej…o małych, codziennych zachwytach. .. jestem sobie na dobrowolnym wygnaniu w rodzinnym mieście pod skrzydłami wciąż nadopiekuńczej Mamy – a to akurat mi się przyda, bo pozwala spojrzeć inaczej na swoją nadopiekunczość wobec Młodego… tysiąc kilometrów od Ukochanego… tęskniąc słodko i czekając na Jego powrót… perspektywa odległościowo-czasowa pozwala trochę się bardziej przyjrzeć własnym uczuciom…. Jaka ja jestem wdzięczna Bogu czy komu tam za to, że dane nam było się spotkać. .. ten facet mnie uratował…I nie tylko w sensie dosłownym dzwoniąc odpowiednio szybko po pogotowie…On uratował moją duszę…przed totalnym oddaniem się rozpaczy i kolejnym życiowym zagubieniem…wiem, że mam skłonności autodestrukcyjne… gdzieś tam głęboko… zawsze we mnie były…uśpione byciem żoną i matką…I wiem, że pozbawiona tych dwóch ról mogłabym pozwolić sobie zejść na samo dno swojej duszy…wiem, bo czułam to w pewnym momencie…w tych czarnych godzinach nocnych, paląc fajkę za fajką i gadając do księżyca, wsłuchując się w oddech śpiącej Nory…jak blisko byłam wtedy powrotu do chlania wiem tylko ja… jak blisko sprzedania się za obietnicę wygodnego życia i  uśpienia tego panicznego strachu, że sobie nie poradzę…nie, nie zabiłabym się… zabrakło mi odwagi albo zbyt mało jednak się bałam życia…ale być może zabrakło by innych hamulców…Tomasz pojawił się dokładnie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny…I powstałam jak feniks z popiołów…uścisk dłoni tego takiego sobie zwykłego gościa, którego łysina zdawała się być przeszkodą…Jego poczucie humoru… bezpretensjonalność… Jego szczerość… , w których odnalazłam spokój…Dziękuję za Niego…

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Ile można patrzeć wstecz…

Chciałabym już niczego nie rozpamiętywać, nie wgapiać się już w znalezione przypadkiem zdjęcia, w pokazane na fejsie wspomnienia sprzed iluś lat, nie wracać do tego co jak powiedział ostatnio S. jest już przecież zamknięte. Nie poruszać bolących wspomnień a przede wszystkim przestać odczuwać ten ból… Mam dobre życie, pomimo wszystko, jasne, kurewsko dużo przeszłam ale co z tego? Mam zajebistego faceta obok, fajne mieszkanie, przyjaciół, świetnego Syna…Odzyskałam już ogromną część sprawności, a odczuwane dolegliwości da się znieść przecież… Przecież inni mają gorzej…. Tylko za cholerę nie mogę się pogodzić ze skutkami tej pieprzonej choroby i tego cholernego rozwodu…Nie akceptuję siebie z piętnem udaru i rozwódki…. Nie pogodziłam się ze zmianą, ze stratą… Z utratą domu, rodziny, psa…. Pieprzonych winogron i róż, wspaniałych sąsiadów tuż obok…. Wieczornego nieba pełnego gwiazd, zapachu mokrej trawy, lawendowego pola na ścianie łazienki, ukochanego stołu…. Tęsknię za zapachami, głosami, dźwiękami, smakami…. Jak długo jeszcze? Co mam zrobić żeby przestać? Poradźcie coś bo wariuje…. Chcę żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mam, co przynosi dzień… Kochać bezgranicznie i bez opamiętania… Bo On jest tego wart…. Chcę żeby się już nie martwił, o mnie, o nas, o pieniądze…. Chcę żeby był szczęśliwy… A ja razem z Nim…

Starość… zawsze się jej bałam….

IMG_20170829_192309_707Byliśmy w weekend u mojej 94-letniej Babci w domu opieki. Jestem tam rzadko, najrzadziej jak się da. Nie mam ochoty jej oglądać, nie wiąże mnie z Nią żadne uczucie. Nie wiem czy kiedykolwiek ją kochałam. Pamiętam tylko kłótnie rodzicow z Nią, pyskówki, jak oskarżała ich wzajemnie o różne rzeczy. I jak próbowała też mnie wówczas 7 letniej wmówić jakieś pierdoły. Kajem nigdy się specjalnie nie zajmowała bo nie ufaliśmy jej wcale. Ojciec na samym początku choroby usłyszał od niej, że to kara za grzechy… Mama nigdy nie mówiła o Niej ani czule ani z miłością. Po śmierci Taty zarzynała Matkę trucizną obgadywania wszystkich za wszystko a po pojawieniu się nowego partnera Mamy szala jadu i goryczy przelała się gwałtownie i skończyła wyprowadzeniem jej na siłę z domu Rodziców. Potem juz nigdy razem nie zamieszkały aż w końcu wylądowała w domu opieki. Mama co miesiąc ogołaca się z kasy byleby tylko uspokoić wyrzuty sumienia, całkiem niepotrzebne wg mnie. Babcia by ją zatruła śmiertelnie jestem pewna. Nadal syczy i zieje nienawiścią, karmi się nią wręcz, pewnie dlatego wciąż żyje mimo mnóstwa chorób na karku. Ale nie o tym chciałam… za każdym razem kiedy ją widzę przeraża mnie poziom niedołężności starczej, zniszczenie ciała, utrata powoli wszystkich zmysłów, zamknięcie w czterech scianach z obcą osobą w otoczeniu obcych ludzi… bezosobowo, bez sensu, bez nadziei na zmianę ,czekając na śmierć…. Starość się Panu Bogu nie udała… nie chcę jej takiej doczekać… nie chcę zostać sama na łasce teoretycznie najbliższych… nie chcę zmuszać Kaja do dylematów typu „co z nią zrobić” …wolę odejść trzymając Ukochanego za rękę … byleby też nie za wcześnie…Bo tak w ogóle boję się śmierci  wciąż tak samo, nie zbliżyło mnie do Niej grudniowe „otarcie „się o nią… przeciwnie wzmogło apetyt na życie… spotęgowało strach…

Szczęście czym jest ??

Szczęście jest chyba najbardziej indywidualną i trudną do zdefiniowania emocją… Ja od zawsze mówiłam o sobie, że tylko bywam szczęśliwa… ostatnio chyba nadużyłam tego słowa… tak niewiele mi potrzeba do wyjścia z tego stanu, równie niewiele do poczucia go… za półtora tygodnia będę zapewne rzygać szczęściem ciesząc się z włoskiego słońca, plaży i szumu fal… Na ten moment dramatycznie przeżywam konieczność zmodyfikowania swojego jadłospisu i odstawienia ukochanej czekolady…. trochę skiepściły mi się wyniki no i waga podskoczyła do nieakceptowalnego poziomu… i żadne akty tego nie zmienią… apetyczne krągłości ok ale nie mogę nie mieścić się w połowę garderoby!!! Co do szczęścia… trochę męczy mnie 24godzinny system z moim Najdroższym… teraz napawam się samotnością choć oczywiście brak mi ciepła Jego rąk to cieszy chwilowa beztroska i samodzielność podejmowanych codziennych decyzji i wyborów… i brak konieczności myślenia co na obiad… i tłumaczenia się z przespanego całego dnia….choć przecież On tego ode mnie nie wymaga sama czuję się jakoś zobligowana….ech.. marudzę wiem… wiem co zaraz powie Siostra moja najmądrzejsza…że w dupie mi się przewraca…. ale czyż nie jest trudno pozbyć się starych nawyków i przyzwyczajeń? Sny mnie zdradzają przed samą sobą… non stop śniona utrata rodziny na tysiąc sposobów… qrwa chciałabym mieć to już definitywnie za sobą….chciałabym wyzdrowieć i fizycznie i psychicznie… tak, to prawda, nie akceptuję swej choroby ale czy tylko jej??