Święta, święta i po…czyli o tym jak trudno się zmienić…

Drugi dzień świąt… kurz już trochę opadł… nawet nieco odzyskałam oddech po świątecznym wyścigu po perfekcyjne święta… w którym jak co roku zajęłam jedno z ostatnich miejsc.. świąteczny zajob nie wiadomo o co i po co jak zwykle skosił to, co w teorii przynajmniej powinno być najważniejsze… może właśnie odnalazłam przyczynę bólu głowy, który mnie trzyma czwarty dzień… może jednak to nie kolejny udar czający się w moim ciele, nie guz mózgu, nawet nie skutek uboczny wznowionego niedawno antydepresantu, tylko przegrana z góry walka sama nie wiem o co….lampeczki świecące się gdzie się da nie rozjaśniły mi w głowie na tyle, żebym uniknęła sama siebie… z resztą… wyłazi ze mnie okropna żona byłego męża, którą tak trudno znieść, że należy ją wymienić na inny, ulepszony model… i nie mówię o wieku ani o tuszy czy rozmiarze biustu… wredota, krytykująca, poprawiająca, oczekująca ch…j wie czego… bo ona sobie wyobraziła, że będzie tak i nie daj Boże, żeby ktoś miał inny pomysł…. Tomaszowi zaczyna brakować cierpliwości…”daj mi święty spokój”… ha… skąd ja to znam? dopadł mnie ostatnio dół jakiś potężny, brak cierpliwości i wytrwałości w rehabilitacji, złość na nogę wciąż kulejącą, na ciało nie takie jak rok temu, na tęsknotę spływającą nieposkromionymi wciąż łzami, miłość i troska Ukochanego przestała wystarczać… wciąż mi mało… wszystkiego…

ale było też mimo wszystko miło usiąść w końcu razem przy stole… pogadać z Młodym, popatrzeć na Niego… zjeść talerz ukochanej grzybowej… i cudnie było przecież budzić się w świąteczny poranek przy Jego boku… czuć Jego ciepło… obejrzeć w nocy serial… pokochać się ostrożnie  i cicho… wypić poranną kawę z makowcem zamiast śniadania….

Życzę Wam wszystkim silnych nerwów i żołądków, umiejętności ogarniania własnych bzików i tej radości z bliskości na cały następny Rok…

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Szczęście czym jest ??

Szczęście jest chyba najbardziej indywidualną i trudną do zdefiniowania emocją… Ja od zawsze mówiłam o sobie, że tylko bywam szczęśliwa… ostatnio chyba nadużyłam tego słowa… tak niewiele mi potrzeba do wyjścia z tego stanu, równie niewiele do poczucia go… za półtora tygodnia będę zapewne rzygać szczęściem ciesząc się z włoskiego słońca, plaży i szumu fal… Na ten moment dramatycznie przeżywam konieczność zmodyfikowania swojego jadłospisu i odstawienia ukochanej czekolady…. trochę skiepściły mi się wyniki no i waga podskoczyła do nieakceptowalnego poziomu… i żadne akty tego nie zmienią… apetyczne krągłości ok ale nie mogę nie mieścić się w połowę garderoby!!! Co do szczęścia… trochę męczy mnie 24godzinny system z moim Najdroższym… teraz napawam się samotnością choć oczywiście brak mi ciepła Jego rąk to cieszy chwilowa beztroska i samodzielność podejmowanych codziennych decyzji i wyborów… i brak konieczności myślenia co na obiad… i tłumaczenia się z przespanego całego dnia….choć przecież On tego ode mnie nie wymaga sama czuję się jakoś zobligowana….ech.. marudzę wiem… wiem co zaraz powie Siostra moja najmądrzejsza…że w dupie mi się przewraca…. ale czyż nie jest trudno pozbyć się starych nawyków i przyzwyczajeń? Sny mnie zdradzają przed samą sobą… non stop śniona utrata rodziny na tysiąc sposobów… qrwa chciałabym mieć to już definitywnie za sobą….chciałabym wyzdrowieć i fizycznie i psychicznie… tak, to prawda, nie akceptuję swej choroby ale czy tylko jej??

Pogorszenie nastroju, spadek humoru i tylko WHY???

Wymyśliłam sobie ostatnio niespodziankę dla T. Bieliźnianą sesję fotograficzną. I co? I dupa jak zwykle… nie dość, że jakoś tam wyczaił wcześniej w czym rzecz to oczywiście okazał ” za mało” radości , „zbyt rzadko” te zdjęcia ogląda… qrwa znów wracają moje kompleksy , strach jakiś znów wisi u gardła, niezadowolenie z samej siebie…. Miało mi to poprawić humor, odczucie własnej kobiecości… A wywołało efekt odwrotny… W ogóle źle mi z samą sobą ostatnio, humory jakieś , niezrozumienie wzajemne z T. jakieś powarkiwania, fochy… Za mało mi Go, pomimo spędzanych ze sobą godzin i dni, znów czuję się niedopieszczona, niedogłaskana… Dostałam z ZUS niezdolność do pracy na rok i sama nie wiem czy się cieszę czy nie… z jednej strony nie gotowa jeszcze jestem do rytmu 8 godzinnego, do obowiązków, rachunków, a z drugiej boję się stracić moją ukochaną pracę… bo mam , miałam tam szansę na coś więcej, na wyższe stanowisko, na lepsze pieniądze… poza tym co zrobimy jak nie będę miała pracy, skąd weźmiemy kasę na normalne , spokojne życie… każda taka myśl wywołuje paroksyzm strachu, bo za chwilę znów zdrętwieje mi twarz, znów plecy będą nie moje, znów dotyk wywoła złość i ból prawie zamiast przyjemności i zapomnienia….O co mi do jasnej cholery chodzi???

Mężczyźni mojego życia – odc.3

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie -
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale  noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak na prawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….

Smutne refleksje,rozwodowa depresja-kolejny etap…

Norka

9 listopada odeszła moja ukochana czworonożna przyjaciółka, moja wierna psia towarzyszka-Nora.

Chorowała dziewczynka od roku, a to wątroba, a to nerki… A jakieś trzy tygodnie temu dołączyły oskrzela, zapalenie gardła, a na sam koniec serduszko… Próbowałam, a właściwie próbowaliśmy z T. wszystkiego. Prawie codzienne wizyty u weta, coraz większa bateria leków. Niestety nie udało się…

Mam oczywiście wyrzuty sumienia. Bo mogłam więcej, bardziej, mocniej… Bo może nie trzeba było podawać jej tej ostatniej kroplówki, bo może mogłam podjąć decyzję o zakończeniu jej cierpienia, bo może inny weterynarz bardziej by pomógł… Bo może wyczuła moje zmęczenie, bo może odczuła te wszystkie ostatniomiesięczne zmiany, bo może poczuła się odrzucona, może zazdrosna…

Brakuje mi porannego odgłosu jej pazurów na panelach, merdającego ogona, uśmiechniętego pyska, kapci podawanych przy drzwiach, ciepłego ciałka, do którego zawsze mogłam się przytulić…

A jednocześnie odczułam ulgę. Bo naprawdę byłam już zmęczona. Odpowiedzialnością, koniecznością powrotu do domu nie później niż, kombinowaniem opieki przed każdym wyjazdem, poczuciem, że tylko ja muszę, że S. zostawił mnie nawet z tym samą.

Teraz zostałam sama. Wreszcie? Wreszcie nic nie muszę, wszystko mogę. Nawet zaplanować wystrój mieszkania, do którego za chwilę się przeprowadzę, bez uwzględniania czyichkolwiek, innych niż moje, potrzeb. Biała narzuta? Biały szlafrok? Nowa kanapa w jakichkolwiek kolorach? Czas?

Przeprowadzka. Własnie. Okazało się, że nie zostało mi zbyt wiele czasu do końca roku. Pakowanie pudeł, walizek, toreb. Odrzuca mnie od tego. Nie mogę się zmobilizować. Strach? Czyżby dopadł mnie znów strach, który tak usilnie podświadomie odsuwałam, angażując się w nowe? Znów nie mogę spać, znów natłok myśli, które trudno uśpić. Znów drżenie rąk, znów więcej papierosów, znów huśtawka nastrojów. Okazuje się, że jednak nie da się samej siebie oszukać, że trzeba to wszystko przeżyć, pozwolić tym wszystkim uczuciom zaistnieć, spotkać się z nimi, poobracać w ręku, poprzyglądać się… Próbowałam od tego uciec. Wiem to. Próbowałam sobie wmówić, że mam już to za sobą, że pokonałam, wygrałam. Że teraz już tylko lepiej. Gówno…

Do tego cholerna jesienna szaruga, zimno, ciemno, mokro. Codzienna poranna walka o wstanie, o znalezienie w sobie sił, energii.

I oczekiwanie… Na papiery rozwodowe, na termin rozprawy…

Niech ten rok już się skończy…

„Jesteś?!

szeptanie bajanie
i nieme błaganie
budzenie patrzenie
i myśli błądzenie

czułości w nicości
od łez do radości

rozmowa od nowa
aż rozboli głowa
za szybko zbyt prędzej
twe ręce w podzięce

czułości w nicości
od łez do radości

czytanie płakanie
twych ust całowanie
skrzywienia zwątpienia
znów zbyt blisko cienia

czułości w nicości
od łez do radości

znaliśmy czuliśmy
świat zbyt oczywisty
schematy dogmaty
z mych wierszy cytaty

czułości w nicości
od łez do radości

zwątpienia złudzenia
wzajemne tulenia
tęsknoty ciągoty
wciąż nowe zaloty

czułości w nicości
od łez do radości

i żale niedbale
nie czynione wcale
pragnienia marzenia
wspólnego istnienia

czułości w nicości
od łez do radości

to koniec miłości?!”

16.10.2007

1 listopada – dzień zadumy choć nie nad Zmarłymi…

1 listopada…Czas wspomnień,zadumy,rozmyślań…Mnie też wzięło…

Wczoraj znów miałam okazję zweryfikować to co do tej pory myślałam o S.I znów pełno we mnie pytań o własną dotychczasową ślepotę, o uporczywe trzymanie się wiadomej choć raniącej i nie dającej szczęścia relacji, o sens tych ponad 22 lat.

Mój Syn pojechał z Ojcem do naszego rodzinnego miasta. Pobyć razem, odwiedzić groby itp. Okazało się, że także po to by pobalować. Mojego Męża niczego nie nauczyły dotychczasowe doświadczenia. Ani eskapada na zlot motocyklowy sprzed paru lat kiedy sytuacja była prawie identyczna, ani parę akcji z nastoletnim Młodym. Nadal nie nauczył się być Ojcem a nie kumplem. Jest Faderem, Wściekłym ale nie Tatą. Nigdy nie zapomnę nocy sprzed paru miesięcy, kiedy obudziłam się z płaczem i krzykiem po koszmarnym śnie i kiedy K. po uspokojeniu mnie powiedział, że gdybym tylko Go poprosiła to stanąłby przeciwko Ojcu w sądzie ale nie może bo przecież to on Go utrzymuje… Jezu, pomyślałam, jakie straszne i nieodwracalne błędy popełniliśmy w wychowaniu tego młodego człowieka, jeśli Ojciec jest dla niego portfelem… W każdym razie S. dopuścił do tego żeby Młody znieczulił się do nieprzytomności, dopuścił do eskalacji uczuć, które z płaczu i pijanego „nie zapomnij o mnie” przerodziły się w wyzwiska, inwektywy, oskarżenia i agresję fizyczną wreszcie. Potem rozdzieleni przez kumpla S. Ojciec i Syn rozstali się w pijackim niebycie. K. skończył u Bona w domu bez butów, kurtki i portfela, bez kart, dokumentów itp. a S. w hotelu bez Syna nie odbierając telefonów. Skąd to wszystko wiem? Gdyby sytuacja potoczyła się inaczej żaden z nich nigdy by się przede mną do niczego nie przyznał ale Bono zadzwonił do mnie o wpół do czwartej nad ranem chcąc zawiadomić chociaż jednego z rodziców, że ich Syn żyje i jest pod jego opieką. Cisną mi się na usta najgorsze przekleństwa. Jak można do cholery zostawić własne dziecko na ulicy w stanie totalnego upojenia alkoholowego i potem Go nie szukać? Jak można nie odbierać telefonów? Jakim trzeba być człowiekiem, jeśli w ogóle, żeby tak się zachować i następnego dnia normalnie patrzeć w lusterko?? Co stało się ze mną, że nie widziałam tyle lat jakim jest człowiekiem Mój Mąż? Na co Go stać? Co ukrywa? Kogo gra? Nic nie jest w stanie dla mnie usprawiedliwić takiego zachowania.

I to kolejna do kolekcji „tego Ci nigdy nie wybaczę” kartka z kalendarza. Zaraz obok marcowego niedzielnego wieczoru kiedy zaryczana, przerażona przyznałam się do przegrzebania telefonu S. i błagałam żeby nie wyjeżdżał, żebyśmy porozmawiali bo boję się tego co się dzieje a On ze smutnym uśmiechem pogłaskał mnie po twarzy tłumacząc, że ma bardzo ważny czas w pracy, wizytację Szefa z Francji i no po prostu nie może zostać. Po czym zamknął za sobą drzwi i pojechał pieprzyć się przed kominkiem w przepięknych górskich krajobrazach z nową miłością swojego życia. I tuż obok wielomiesięcznych licytacji prawniczych, urwania mi z alimentów 150 zł przy kilkudziesięciotysięcznych zarobkach i wciśnięcia w treść porozumienia sformułowań typu „eksmisja”…

Dlaczego akurat dziś ze mnie się to wszystko wylewa? Właśnie ze względu na czas zadumy i wspomnień. Bo blakną mi wszystkie dobre przeżycia, wszystkie dobre chwile, wszystkie wspólne radości, bo ginie mi gdzieś przekonanie, że coś jednak Nas łączyło, bo mimo coraz większej świadomości własnych błędów i dużego własnego udziału w rozpadzie Naszego małżeństwa coraz bliżej mi do nienawiści i wściekłości większej niż chwilę po Jego wyprowadzce.

Pamiętam jednak wciąż, że za coś Go pokochałam, z jakiegoś powodu wyszłam za Niego i stałam u Jego boku tyle lat. Tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co to było takiego…

A może ma rację Mój Syn mówiąc, że miłość nie istnieje. Istnieją tylko egoistyczne pobudki do tego by z kimś być. Seks, strach przed samotnością, wspólne odliczenia w PITach, łatwiejsze zaspokajanie swoich potrzeb, iluzja poczucia bezpieczeństwa, dostępniejsza pomoc domowa, towarzystwo… A jak tylko to wszystko staje się atrakcyjniejsze z kimś innym dbając o swój komfort przenosimy się bez zbędnych rozterek.

Nie chcę tak myśleć.Na prawdę nie chcę. Chcę wierzyć w Miłość, Przyjaźń, bezinteresowność, Dobro. Chcę wierzyć, że następnym razem się uda. Że, jasne, to straszne, że Nam nie wyszło, ale tym razem „nie opuszczę Cię aż do śmierci” będzie znaczyć dokładnie to co znaczy.

Rozwodowo

Oj… Chyba nigdy się nie zmienię… Emocje zawsze będą brały górę nad rozsądkiem i zimną kalkulacją…

Od pięciu miesięcy tłuczemy się wraz z naszymi prawnikami o to jak ma wyglądać porozumienie, które mamy podpisać u notariusza żeby w sądzie zakończyć nasze małżeństwo na jednej rozprawie. Przepychamy się kolejnymi zapisami lub ich usuwaniem, kolejnymi paragrafami, zabezpieczeniami… Ciągle jestem w szoku jak szybko przeszliśmy ze statusu „małżeństwo” na status „w trakcie rozwodu”, ze wspólnoty na osobność, z zaufania na „a gdybyś zmienił/a zdanie”.

Oczywiście, prawdą jest, że to nasze małżeństwo ma tylko w chronologii ponad 20 lat stażu. Tak na prawdę już od dawna było tylko papierowe. Bo przecież już od dawna nie było między nami wspólnoty ani zaufania. I choćbym jeszcze próbowała głośno krzyczeć, że to On mnie zawiódł, to On mnie zdradził, to On przestał mnie kochać… to i tak dobrze wiem, że tak na prawdę oboje już dawno przestaliśmy się starać żeby je uratować. Bo cokolwiek bym sobie nie wmawiała, jakkolwiek nie czułabym się urażona, to wystarczy telefon do kogoś z dysfunkcyjnych żeby usłyszeć przypomnienie o tym ile razy narzekałam na to, że jestem nieszczęśliwa, ile razy opowiadałam o tym, że mój Mąż mnie przestał podniecać, że nie lubię się z nim całować, że czuję się przy nim niewiele warta itp. itd.

Nie jest to jeszcze czas na spisanie historii tego związku, na oficjalne pożegnanie się z nim, na podsumowanie pełne. Nie jest to jeszcze czas na to aby Mąż stał się bohaterem kolejnego odcinka „Mężczyzn mojego życia”. Potrzebne będzie trochę czasu na dobór słów, na uspokojenie emocji, na sprawiedliwość. Ale dziś tuż po wyjściu od mojej Pani Mecenas i powiedzeniu Jej „Niech się pieprzą, podpisujemy!” i po czytaniu w tzw. międzyczasie sms-ów od Męża pełnych słów i sformułowań w rodzaju : „umowa”, „jestem przerażony Twoją zmiennością jak wiatr zawieje”, „zawracanie głowy”, „Twoje wybory”, „najmniejsza linia oporu”, „śmieszna oferta”, „rób co chcesz”, mam w sobie tyle żalu, rozczarowania i zawodu, że muszę to gdzieś wyrzucić z siebie.

Nie drogi i nie mój już Mężu (choć oficjalnie nadal jestem Twoją żoną) – nie będziemy przyjaciółmi. Na to miano trzeba sobie zasłużyć, trzeba się sprawdzić w trudnych chwilach, trzeba nie krzywdzić, być obok, nie uciekać od problemów, nie zdradzać, nie obgadywać… A my każdy z tych punktów zaliczyliśmy. Kłamstwa, obelgi, brak szacunku, przemoc werbalna i materialna, szantaże, brak zrozumienia, oskarżanie się wzajemne, manipulacja, zniechęcenie, zobojętnienie,. To jeszcze bym dodała do kompletnego opisu naszego związku. Na dziś nie ma we mnie pamięci o tym co było dobre i piękne, choć przecież wiem, że było. Na dziś widzę Cię tak jak widziałam w sennych koszmarach – z obojętną twarzą, lodowatymi oczami, szyderczym uśmiechem. Na dziś pamiętam tylko jak zabiłeś mnie słowami o tym jak wreszcie znalazłeś kobietę swojego życia. Tak jak ja pewnie zabiłam Ciebie 12 lat temu mówiąc o Piotrze. Każde z Nas dziś się odradza. Zaczyna na nowo. Próbuje odbudować wiarę w miłość i zaufać. Ze względu na Naszego wspaniałego Syna musimy się z tym zmierzyć bez prania brudów przed sądem. Dla mnie jeszcze dodatkową motywacją jest moja trzeźwość i chęć bycia przyzwoitym człowiekiem.

Przegraliśmy tę walkę dawno temu. Szkoda, że w międzyczasie poraniliśmy się tak bardzo. Że nasza miłość, która przecież była ogromna, nie pomogła nam rozstać się we wzajemnym szacunku.

Powiedziałeś, że miłość Twoja do mnie umierała, umierała aż w końcu umarła. Teraz wiem o czym mówiłeś. We mnie też już jej niewiele zostało. Ale chciałabym tą odrobinę zachować. W końcu jesteś Ojcem mojego Syna, w końcu przeżyłam przy Tobie ogromną część swojego życia. I nie chcę tylko żałować. Chcę przypomnieć sobie kiedyś dlaczego Cię pokochałam i dlaczego byłam z Tobą tyle lat. Chcę kiedyś wrócić do zdjęć, do dobrych wspomnień. Kiedyś choć jeszcze nie teraz.

Żegnaj Moja Miłości, która okazałaś się nie być miłością mojego życia.