Kobiety…

Chyba już pisałam, że wiele w moim życiu kobiet mądrych, pięknych, ciepłych, pokaleczonych przez życie, opuszczonych, straumatyzowanych, silnych mimo wszystko… Jakoś tak się stało, że rozwód, choroba i wszystko co pomiędzy postawiło na mojej drodze przewspaniałe babki, które podziwiam i, których przykład pomaga mi gdy zbyt się nad sobą roztkliwiam… Żona mojego kumpla z liceum, borykająca się z jego uzależnieniem, przez lata upokarzana i na któryś tam miejscu w hierarchii  wreszcie zaczyna życie na swoich warunkach przy boku prawdziwego faceta. Piękna, krótkowłosa blondynka z pasją, wygląda na kruchą a jest mega silna. Mama koleżanki Kaja z liceum, fajna, bystra babka, opuszczona, zostawiona z długami i opieką nad członkiem rodziny byłego już męża… Koleżanka z pracy w restauracji, rozwiedziona oczywiście, musiała spłacić byłego męża i teraz spłaca długi, pracując na dwóch etatach i samodzielnie remontując odzyskany dom… Rzesza cudownych kobiet poznanych w szpitalu, prześliczne ,również rozwiedzione neurologopedki, patrząc na nie za każdym razem nie mogłam pojąć facetów, którzy świadomie opuścili takie babki… Współpacjentki zaciskające zęby przy codziennych ćwiczeniach, Lucy, uosobienie dobroci, empatii i serdeczności, dokarmiająca mnie przez cały pobyt w Piaskach własnej roboty wędlinami, Martusia, słoneczko, potrącona na pasach, walcząca z uszkodzeniami ciała i umysłu, cudowna towarzyszka ostatnich szpitalnych tygodni, Anita, sąsiadka z Dąbrówki, połączył nas krótki związek naszych dzieci, pokaleczona DDA , porzucona z trójką cudownych dziewczyn przez rozpłodowca bez honoru, który płodząc kolejne dzieci w nowym małżeństwie zapominał o poprzednich… Zadziwia mnie jej niezachwiana wiara w Boga i optymizm, bezinteresowna chęć pomocy każdemu kto stanie na jej drodze… Kumpela z liceum, po  ciężkiej chorobie, która w prezencie podarowała jej nową miłość, bo licealny mąż oczywiście nie podołał, zaangażowana politycznie, silna, bezkompromisowa… Znajoma Rodziców, zdradzana wiele lat, opiekująca się niewiernym mężem do końca gdy dopadła go śmiertelna choroba…. Kumpela z Archikwadratu, borykająca się z trudnym małżeńsatwem , dwójką uroczych chłopaków, śmiercią siostry, zapracowana ale nie wahająca się przyjąć pod swój dach potrzebującego członka rodziny, jej uroda zawsze zapiera mi dech, jej inteligencja także… Mama mojej chrześnicy, porzucona w ciąży z drugim dzieckiem przez nieodpowiedzialnego gówniarza, kalki rozpłodowca z poprzedniego opisu, nie mająca szczęścia do facetów, od lat walcząca o utrzymanie córek na odpowiednim poziomie, żeby nie czuły się gorsze….Renia moja kochana, podjęła jedną z najtrudniejszych decyzji odchodząc od toksycznego, zakompleksionego, zaślepionego, przemocowego męża, przyparta do muru jego chorobą, dokonując wyboru pomiędzy tym co wypada a walką o własną godność… Przepiękna, długowłosa , rasowa blondynka Angela, poznałyśmy się dzięki naszym mężom motocyklistom, przeszła przez okropny rozwód z zapatrzonym w siebie dupkiem, preferującym wirtualne rozkosze nad ponętne dużo młodsze ciało swej mądrej i dowcipnej żony. Teraz układa sobie życie za oceanem a ja wreszcie widzę u niej błyszczące szczęściem spojrzenie… Siostra moja jedyna, serce mi drży i złość nabrzmiewa gdy słucham jak dociera do niej ukrywana do tej pory skrzętnie, bolesna prawda o życiu przy boku obleśnego szowinisty ojca, brata mojego z resztą… Żona wojskowego, wiecznie sama, drżąca swego czasu samotnie o życie i zdrowie ukochanego, wysłanego na misje… No i oczywiście moje dysfunkcyjne, straumatyzowane, walczące na co dzień ze skutkami tragicznego dzieciństwa pod „opieką” niedojrzałych, nałogowych rodziców…  Jestem dumna, że należę do Ich grona, że nazywają mnie swoją, pomagamy sobie jak umiemy, czasem dobrym słowem, czasem wyżerką wspólną, czasem przytuleniem , czasem kopem w dupsko. Kocham Je niezmiennie i wierzę, że jeszcze kiedyś świat będzie nasz!

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Ile można patrzeć wstecz…

Chciałabym już niczego nie rozpamiętywać, nie wgapiać się już w znalezione przypadkiem zdjęcia, w pokazane na fejsie wspomnienia sprzed iluś lat, nie wracać do tego co jak powiedział ostatnio S. jest już przecież zamknięte. Nie poruszać bolących wspomnień a przede wszystkim przestać odczuwać ten ból… Mam dobre życie, pomimo wszystko, jasne, kurewsko dużo przeszłam ale co z tego? Mam zajebistego faceta obok, fajne mieszkanie, przyjaciół, świetnego Syna…Odzyskałam już ogromną część sprawności, a odczuwane dolegliwości da się znieść przecież… Przecież inni mają gorzej…. Tylko za cholerę nie mogę się pogodzić ze skutkami tej pieprzonej choroby i tego cholernego rozwodu…Nie akceptuję siebie z piętnem udaru i rozwódki…. Nie pogodziłam się ze zmianą, ze stratą… Z utratą domu, rodziny, psa…. Pieprzonych winogron i róż, wspaniałych sąsiadów tuż obok…. Wieczornego nieba pełnego gwiazd, zapachu mokrej trawy, lawendowego pola na ścianie łazienki, ukochanego stołu…. Tęsknię za zapachami, głosami, dźwiękami, smakami…. Jak długo jeszcze? Co mam zrobić żeby przestać? Poradźcie coś bo wariuje…. Chcę żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mam, co przynosi dzień… Kochać bezgranicznie i bez opamiętania… Bo On jest tego wart…. Chcę żeby się już nie martwił, o mnie, o nas, o pieniądze…. Chcę żeby był szczęśliwy… A ja razem z Nim…

Szczęście czym jest ??

Szczęście jest chyba najbardziej indywidualną i trudną do zdefiniowania emocją… Ja od zawsze mówiłam o sobie, że tylko bywam szczęśliwa… ostatnio chyba nadużyłam tego słowa… tak niewiele mi potrzeba do wyjścia z tego stanu, równie niewiele do poczucia go… za półtora tygodnia będę zapewne rzygać szczęściem ciesząc się z włoskiego słońca, plaży i szumu fal… Na ten moment dramatycznie przeżywam konieczność zmodyfikowania swojego jadłospisu i odstawienia ukochanej czekolady…. trochę skiepściły mi się wyniki no i waga podskoczyła do nieakceptowalnego poziomu… i żadne akty tego nie zmienią… apetyczne krągłości ok ale nie mogę nie mieścić się w połowę garderoby!!! Co do szczęścia… trochę męczy mnie 24godzinny system z moim Najdroższym… teraz napawam się samotnością choć oczywiście brak mi ciepła Jego rąk to cieszy chwilowa beztroska i samodzielność podejmowanych codziennych decyzji i wyborów… i brak konieczności myślenia co na obiad… i tłumaczenia się z przespanego całego dnia….choć przecież On tego ode mnie nie wymaga sama czuję się jakoś zobligowana….ech.. marudzę wiem… wiem co zaraz powie Siostra moja najmądrzejsza…że w dupie mi się przewraca…. ale czyż nie jest trudno pozbyć się starych nawyków i przyzwyczajeń? Sny mnie zdradzają przed samą sobą… non stop śniona utrata rodziny na tysiąc sposobów… qrwa chciałabym mieć to już definitywnie za sobą….chciałabym wyzdrowieć i fizycznie i psychicznie… tak, to prawda, nie akceptuję swej choroby ale czy tylko jej??

List do S. Tylko bez nadinterpretacji….

Był sławny „List do M.”to teraz będzie do S. Synku mój najukochańszy… Już widzę jak się krzywisz…Muszę do Ciebie napisać, bo nie jestem w stanie w tej chwili normalnie z Tobą porozmawiać. Zbyt w Nas buzują emocje, mnie ściska w gardle i łzy ściekają po policzkach… A Ty negujesz wszystko co mówię i próbuję Ci przekazać i wściekasz się za te łzy, a ja nie umiem ich powstrzymać… chyba jeszcze nie dorośliśmy do tej rozmowy… A ponieważ już raz przestraszyłam się śmierci i wiem jak niespodziewanie przychodzi i jak szybko zmienia nasze plany wolę napisać do Ciebie parę słów, które nie zginą. I upoważniam niniejszym Was moi drodzy czytelnicy do wpuszczenia dziecka mego na ten teren , gdy nadejdzie taka potrzeba…i może to zrobić każdy z Was gdy uzna,że jest na to moment. Oczywiście gdy sama już nie będę mogła o tym zdecydować. Ufam Wam… Zatem. Mój Drogi, przede wszystkim chciałabym Cię prosić o wybaczenie. Że nie byłam taką matką jaka sprostałaby Twoim oczekiwaniom. Że myliłam się ciągle, że byłam agresywna i zła, że płaciłeś za niespełnione marzenia i nieudane życie miłosne. Że byłeś świadkiem rozpadu naszej rodziny przez tyle lat, a przede wszystkim, że porzuciłam Cię dla durnego zatrzepotania serca i głowy , że śmiałam wyrzec się Ciebie, uciec przed byciem matką, że zapłaciłeś za moją niedojrzałość i niewyleczone traumy. Nie usprawiedliwia mnie to czego się dowiesz z tego bloga. Fakt spieprzonego w dzieciństwie poczucia moralności , mylenia wiecznego pożądania z miłością, szukania wciąż i wciąż od nowa czegoś co nieznajdywalne…Ojciec mnie wypaczył. Niestety zbyt późno dotarły do mnie konsekwencje Jego błędów. Zbyt dużo procentów przyswoiłam po drodze. Tak , to prawda, nie planowałam macierzyństwa ani małżeństwa. Ale to na prawdę nie znaczy , że nie kochałam Cię od chwili kiedy Cię ujrzałam a nawet wcześniej gdy byłeś tylko rojem motylków w moim brzuchu…twoje piękne granatowe oczy, Twoje paluszki zaciskające się na moich, Twoja zależność od nas… potem Twój indywidualizm od pierwszych słów wypowiadanych, własnoręcznie od zawsze obierany kierunek, Twoja nieugięta chęć samodecydowania i samoistnienia…. Niełatwo Cię kochać… Z Twoim obruszaniem się na każdy dotyk czy przejaw troski…. A kocham Cię całym sercem… Oddałabym Ci świat zapakowany w kokardkę, wyprostowałabym każdy zakręt na życiowej drodze, usunęła każdy kolec, wyeliminowała każdą bakterię czy wirus latający wokół, odsunęła wszystkich krzywdzących Cię ludzi… Nie do zrobienia, wiem…Już zawsze będę drżała o Twoje bezpieczeństwo… W taki sposob kocham… Nie umiem inaczej… Choć zmuszam samą siebie wciąż i wciąż od nowa do odpuszczania, odsuwania się, puszczania Cię wolno…. Kochanie postaraj się mnie zrozumieć, jesteś sensem mojego istnienia, moim głównym powodem do życia, do walki…. Byłeś inspiracją moich życiowych zmian, dla Ciebie także wytrzeźwiałam, także dla Ciebie robiłam pierwsze kroki w szpitalu… Żebyśmy mieli szansę na normalną rozmowę kiedyś, żebym mogła kiedyś wytłumaczyć , wyjaśnić….żebym mogła iść jeszcze kiedyś z Tobą niekoniecznie za rękę… Wiesz czemu wciąż chcę Cię przytulać ? Bo pragnę nadrobić ten czas kiedy bałam się to robić, żyłam w strachu, że to co zrobił mój Ojciec zaraźliwe było i w jakiś sposób przeszło na mnie, bałam się zrobić Ci krzywdę… Tym bardziej , że przy ciągłej nieobecności Ojca Twego , na Ciebie podświadomie kładłam rolę faceta w domu…A przecież miałeś być dzieckiem….Może dlatego wciąż nie mogę przestać traktować Cię jak dziecko… Najdroższy , dużo w tej naszej relacji bólu, nieprawidłowości, kłamstw, przemocy… Mam nadzieję, że zanim przeczytasz te słowa zdążymy coś naprawić… że znów mi zaufasz i uwierzysz i zaakceptujesz to , kim się po udarze i przejściach zeszłego roku stałam…. Kocham Cię i modlę się za Ciebie i Twój świat…

przeszłość nas zabija jeśli jej na to pozwalamy….

Ogladam „Shall we dance?” i nagłe ukłucie w sercu” dostałem kurs tańca na urodziny”… qrwa … kiedy przestanie to boleć… przecież jestem szczęśliwa, kochająca i kochana?!tak bardzo się staram nie rozpamiętywać tego małżeństwa, nie zastanawiać się nad każdym słowem czy gestem….zapomnieć ten ból i rozczarowanie…Paryż, kłamstwa, podwójne życie, dwa domy, dwie kobiety, ale przy moich wrodzonych kompleksach, braku wiary w siebie, traumach z dzieciństwa, zbyt dużej wagi przywiązywanej do zewnętrzności… to wszystko pali jak tatuaż na skórze…. nie potrafię uciec przed poczuciem krzywdy i pytaniem jak bardzo musiałam być zła, że tak mnie potraktował…jak wielkie musiał czuć obrzydzenie , wstręt , odrazę??jak bardzo musiał pogardzać mną i tym co sobą reprezentowałam?? w sumie mogłabym podobne pytania zadać sobie samej ale już nie pamiętam co wtedy czułam?? pamiętam, że nawet wtedy kochałam… a jak to możliwe?? Boże obdaruj mnie zapomnieniem, amnezją chwilową, pozwól być ponad to…pozwól tak na prawdę zacząć od nowa….bo mnie to zatruje…

strach i tęsknota… czyli powtórka z rozrywki….

w ostatnią sobotę zalały mnie wspomnienia…. Dąbrówkowo weekendowo rodzinne…. spędzanych w trójkę niedzielnych poranków z kawą wypijaną czasem w trójkę w łóżku… z Norką wylegującą się w trawie…. z jajecznicą mężowską…. wspomnienia wakacji wspólnych… Paryża zwiedzanego w trójkę, Toskanii, weekendowych kin i restauracji… zatęskniłam za rodziną… oczywiście tą z dobrych momentów… popłakałam sobie z tej tęsknoty i żałości jakiejś…. serducho bolało…. tęsknię za Synem moim … tak… widujemy się co czas jakiś… ale brak mi go na co dzień… mimo, że wredny ostatnio znów jakiś się zrobił…  Norusi brak mi ciągle… stworzenia mojego do kochania takiego… cóż… Tomasz jednak nie wszystkie moje potrzeby zaspokoić może… miłości dostaję pewnie tyle ile może dać najwięcej… ale chyba za innym jej rodzajem tęsknię… dziecięca czy psia miłość inne jednak zaspokaja potrzeby… cóż pieska może jeszcze za czas jakiś przygarniemy… a dzieci więcej już mieć nie będę… głupie myśli o tamtej nienarodzonej istotce… nastolatką by była teraz… a co do strachu… dławi czasem w gardle zmęczeniem, zniechęceniem jakimś, brakiem postępów w rehabilitacji…ale też w taki tydzień samotny jak ten refleksją , że im bardziej się kocha tym trudniej później znieść rozstanie czy stratę… bo skoro raz już ktoś zakochanym strasznie będąc zrezygnował to niby czemu ktoś inny miałby nie powtórzyć tego samego… takie właśnie mnie ponuraki nachodzą , w ogóle nie wiosenne, jak w ogóle nie wiosenna ta wiosna u nas…może potrzeba mi już ciepłych słonecznych promieni na twarzy… złocistej opalenizny na skórze… wakacji z palmą i szumem fal… oby do lata…

Zaklinanie rzeczywistości… Może jednak mam coś w sobie z czarownicy?! ;)

Skoro w poprzednim wpisie poruszyłam kwestię listów do Sebastiana chciałabym, żeby jeszcze jeden wpis w „pluszowym zeszycie” mi nie umknął, bo jest dość poruszający, szczególnie w kontekście mojej aktualnej sytuacji. A więc wpis z 7 sierpnia 2016 r. : ” Tak bardzo nie chcę Cię dłużej kochać.Miłość nie może być dobra jeśli masz wrażenie,że Cię zabija.<Na dobre i złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy…>Ja umieram….Codziennie po trochu a w takie weekendy jak ten kawałkami wyrywam sobie serce…Chcę kochać z wzajemnością. Chcę być dla kogoś celem a nie opcją.Chcę być ważna tak jak On dla mnie.Chcę patrzeć mu w oczy z uśmiechem a nie przez łzy.Chcę żeby mnie przytulał całym sobą. żeby mnie nie trzymał na dystans. żeby mówił co Go cieszy a co Go boli i żebym ja mówiła do Niego. żeby głaskał mnie po twarzy i biodrach. żeby myślał o mnie w ciągu dnia. Tulił do snu i witał rano. Doradzał i słuchał rad. Śmiał się ze mną z kabaretu i ocierał łzy na melodramacie. żeby chciał poznać mój świat i dzielił się swoim. żeby nie łamał słowa i nie kłamał.Nie dawał pustych obietnic. żeby wiedział,że jestem mądra i czuła i żeby chciał mnie takiej jaka jestem. żebym nie musiała grać ani udawać kogoś innego. żeby mnie nie zdradzał i żebym ja nie zdradzała Jego. żeby był ciepły i czuły ale kiedy trzeba stanowczy i opanowany. żeby pokochał Kaja i szanował Go.Chcę prawdziwej miłości gotowej na trudy i ciężkie chwile ale umiejącej się cieszyć tym co tu i teraz. Chcę mężczyzny , który mnie doceni i którego ja będę cenić i szanować. Ty Mój kochany nie dasz mi tego wszystkiego z prostego powodu – bo nie chceszi bo Twoje poczucie szczęścia jest ważniejsze niż moje, niż nasze wspólne. Nigdy mi tego nie dasz choćbym znalazła sposób na zmuszenie Cię do powrotu.Bo nie jestem Twoim priorytetem. Oddałabym Ci wszystko co mam. Poświęciłabym wszystko. Ale dla Ciebie to nic nie znaczy albo oznacza słabość. Dla Ciebie w tej chwili najważniejszy jest Twój spokój i Twoje szczęście. A ja nie chcę kochać takiego egoisty.Chcę wspólnoty, rozumiesz? Nie <moje> <twoje>, nie indywidualizmu.Chcę <razem><wspólnie> <<my>… I wierzę, że na to zasługuję. że tak jak ja nie doceniłam tego co miałam tak Ty nie doceniasz tego co Ci ofiarowuję. A ile jest wart taki dar, którego ofiarowany nie docenia? Mam tyle miłości w sobie , że wystarczyłoby nie tylko na dwoje. Wierzę, że poczułbyś w końcu miłość do mnie. Ale Ty już nie chcesz spróbować.Nie wierzysz. I nic już nie mogę  na to poradzić…….”.

Czyżbym sobie Tomasza wymyśliła??Boże spraw żebyśmy tego nie popsuli… żeby już zawsze chciało nam się chcieć i żebyśmy nigdy nie przestali się starać…

Mężczyźni mojego życia – odc.3

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie -
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale  noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak na prawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….