Przyjaźń… wielkie słowo…czasem zbyt…

Zawsze mnie to boli i dotyka bardzo osobiście… Cholernie przywiązuję się do ludzi… I zawsze przeżywam jeśli znikają z mojego życia…Ostatnio mocno przeżyłam konflikt z koleżanką,choć oczywiście był czas kiedy nazywałam Ją przyjaciółką, kiedy poróżniły nas pożyczone i nie oddane w terminie pieniądze… Niby niewielka suma ale sposób unikania odpowiedzialności, konieczność wymuszania i wyżebrywania kolejnej spłaty zraziła mnie skutecznie… Teraz, z perspektywy, wiem, że nie tylko to nas różniło… To był ten typ osoby, że albo myślisz tak jak ona i mówisz to co ona chce usłyszeć, albo jest obraza majestatu. Z moją szczerością długo to nie przetrwało, pierwszy konflikt miałyśmy właśnie o różnicę zdań i moje rady, które ja traktowałam jako chęć pomocy a ona odebrała jako krytykę… Reanimowanie tej relacji skończyło się kolejnym konfliktem… Teraz stoję przed kolejnym dylematem… Czy reanimować, walczyć o relację z osobą, którą znów niedawno nazywałam przyjaciółką, czy pozwolić jej odejść, bo przecież nikogo nie da się zmusić do kontynuowania znajomości… Wściekam się, bo czuję się niesprawiedliwie oceniona, padły ciężkie słowa, których akurat po niej się nie spodziewałam….Jednocześnie mam poczucie, że ta kłótnia była trochę przedszkolną kłótnią w piaskownicy….Boli… Nie, ja oczywiście też nie jestem bez winy, dałam ciała, nie uprzedziłam, za szybko wylałam z siebie swoje żale… I co teraz… Czy dwie, dorosłe przecież, kobiety nie mogą po prostu porozmawiać ?

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Rozwodowo

Oj… Chyba nigdy się nie zmienię… Emocje zawsze będą brały górę nad rozsądkiem i zimną kalkulacją…

Od pięciu miesięcy tłuczemy się wraz z naszymi prawnikami o to jak ma wyglądać porozumienie, które mamy podpisać u notariusza żeby w sądzie zakończyć nasze małżeństwo na jednej rozprawie. Przepychamy się kolejnymi zapisami lub ich usuwaniem, kolejnymi paragrafami, zabezpieczeniami… Ciągle jestem w szoku jak szybko przeszliśmy ze statusu „małżeństwo” na status „w trakcie rozwodu”, ze wspólnoty na osobność, z zaufania na „a gdybyś zmienił/a zdanie”.

Oczywiście, prawdą jest, że to nasze małżeństwo ma tylko w chronologii ponad 20 lat stażu. Tak na prawdę już od dawna było tylko papierowe. Bo przecież już od dawna nie było między nami wspólnoty ani zaufania. I choćbym jeszcze próbowała głośno krzyczeć, że to On mnie zawiódł, to On mnie zdradził, to On przestał mnie kochać… to i tak dobrze wiem, że tak na prawdę oboje już dawno przestaliśmy się starać żeby je uratować. Bo cokolwiek bym sobie nie wmawiała, jakkolwiek nie czułabym się urażona, to wystarczy telefon do kogoś z dysfunkcyjnych żeby usłyszeć przypomnienie o tym ile razy narzekałam na to, że jestem nieszczęśliwa, ile razy opowiadałam o tym, że mój Mąż mnie przestał podniecać, że nie lubię się z nim całować, że czuję się przy nim niewiele warta itp. itd.

Nie jest to jeszcze czas na spisanie historii tego związku, na oficjalne pożegnanie się z nim, na podsumowanie pełne. Nie jest to jeszcze czas na to aby Mąż stał się bohaterem kolejnego odcinka „Mężczyzn mojego życia”. Potrzebne będzie trochę czasu na dobór słów, na uspokojenie emocji, na sprawiedliwość. Ale dziś tuż po wyjściu od mojej Pani Mecenas i powiedzeniu Jej „Niech się pieprzą, podpisujemy!” i po czytaniu w tzw. międzyczasie sms-ów od Męża pełnych słów i sformułowań w rodzaju : „umowa”, „jestem przerażony Twoją zmiennością jak wiatr zawieje”, „zawracanie głowy”, „Twoje wybory”, „najmniejsza linia oporu”, „śmieszna oferta”, „rób co chcesz”, mam w sobie tyle żalu, rozczarowania i zawodu, że muszę to gdzieś wyrzucić z siebie.

Nie drogi i nie mój już Mężu (choć oficjalnie nadal jestem Twoją żoną) – nie będziemy przyjaciółmi. Na to miano trzeba sobie zasłużyć, trzeba się sprawdzić w trudnych chwilach, trzeba nie krzywdzić, być obok, nie uciekać od problemów, nie zdradzać, nie obgadywać… A my każdy z tych punktów zaliczyliśmy. Kłamstwa, obelgi, brak szacunku, przemoc werbalna i materialna, szantaże, brak zrozumienia, oskarżanie się wzajemne, manipulacja, zniechęcenie, zobojętnienie,. To jeszcze bym dodała do kompletnego opisu naszego związku. Na dziś nie ma we mnie pamięci o tym co było dobre i piękne, choć przecież wiem, że było. Na dziś widzę Cię tak jak widziałam w sennych koszmarach – z obojętną twarzą, lodowatymi oczami, szyderczym uśmiechem. Na dziś pamiętam tylko jak zabiłeś mnie słowami o tym jak wreszcie znalazłeś kobietę swojego życia. Tak jak ja pewnie zabiłam Ciebie 12 lat temu mówiąc o Piotrze. Każde z Nas dziś się odradza. Zaczyna na nowo. Próbuje odbudować wiarę w miłość i zaufać. Ze względu na Naszego wspaniałego Syna musimy się z tym zmierzyć bez prania brudów przed sądem. Dla mnie jeszcze dodatkową motywacją jest moja trzeźwość i chęć bycia przyzwoitym człowiekiem.

Przegraliśmy tę walkę dawno temu. Szkoda, że w międzyczasie poraniliśmy się tak bardzo. Że nasza miłość, która przecież była ogromna, nie pomogła nam rozstać się we wzajemnym szacunku.

Powiedziałeś, że miłość Twoja do mnie umierała, umierała aż w końcu umarła. Teraz wiem o czym mówiłeś. We mnie też już jej niewiele zostało. Ale chciałabym tą odrobinę zachować. W końcu jesteś Ojcem mojego Syna, w końcu przeżyłam przy Tobie ogromną część swojego życia. I nie chcę tylko żałować. Chcę przypomnieć sobie kiedyś dlaczego Cię pokochałam i dlaczego byłam z Tobą tyle lat. Chcę kiedyś wrócić do zdjęć, do dobrych wspomnień. Kiedyś choć jeszcze nie teraz.

Żegnaj Moja Miłości, która okazałaś się nie być miłością mojego życia.