Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Rozwodowo

Oj… Chyba nigdy się nie zmienię… Emocje zawsze będą brały górę nad rozsądkiem i zimną kalkulacją…

Od pięciu miesięcy tłuczemy się wraz z naszymi prawnikami o to jak ma wyglądać porozumienie, które mamy podpisać u notariusza żeby w sądzie zakończyć nasze małżeństwo na jednej rozprawie. Przepychamy się kolejnymi zapisami lub ich usuwaniem, kolejnymi paragrafami, zabezpieczeniami… Ciągle jestem w szoku jak szybko przeszliśmy ze statusu „małżeństwo” na status „w trakcie rozwodu”, ze wspólnoty na osobność, z zaufania na „a gdybyś zmienił/a zdanie”.

Oczywiście, prawdą jest, że to nasze małżeństwo ma tylko w chronologii ponad 20 lat stażu. Tak na prawdę już od dawna było tylko papierowe. Bo przecież już od dawna nie było między nami wspólnoty ani zaufania. I choćbym jeszcze próbowała głośno krzyczeć, że to On mnie zawiódł, to On mnie zdradził, to On przestał mnie kochać… to i tak dobrze wiem, że tak na prawdę oboje już dawno przestaliśmy się starać żeby je uratować. Bo cokolwiek bym sobie nie wmawiała, jakkolwiek nie czułabym się urażona, to wystarczy telefon do kogoś z dysfunkcyjnych żeby usłyszeć przypomnienie o tym ile razy narzekałam na to, że jestem nieszczęśliwa, ile razy opowiadałam o tym, że mój Mąż mnie przestał podniecać, że nie lubię się z nim całować, że czuję się przy nim niewiele warta itp. itd.

Nie jest to jeszcze czas na spisanie historii tego związku, na oficjalne pożegnanie się z nim, na podsumowanie pełne. Nie jest to jeszcze czas na to aby Mąż stał się bohaterem kolejnego odcinka „Mężczyzn mojego życia”. Potrzebne będzie trochę czasu na dobór słów, na uspokojenie emocji, na sprawiedliwość. Ale dziś tuż po wyjściu od mojej Pani Mecenas i powiedzeniu Jej „Niech się pieprzą, podpisujemy!” i po czytaniu w tzw. międzyczasie sms-ów od Męża pełnych słów i sformułowań w rodzaju : „umowa”, „jestem przerażony Twoją zmiennością jak wiatr zawieje”, „zawracanie głowy”, „Twoje wybory”, „najmniejsza linia oporu”, „śmieszna oferta”, „rób co chcesz”, mam w sobie tyle żalu, rozczarowania i zawodu, że muszę to gdzieś wyrzucić z siebie.

Nie drogi i nie mój już Mężu (choć oficjalnie nadal jestem Twoją żoną) – nie będziemy przyjaciółmi. Na to miano trzeba sobie zasłużyć, trzeba się sprawdzić w trudnych chwilach, trzeba nie krzywdzić, być obok, nie uciekać od problemów, nie zdradzać, nie obgadywać… A my każdy z tych punktów zaliczyliśmy. Kłamstwa, obelgi, brak szacunku, przemoc werbalna i materialna, szantaże, brak zrozumienia, oskarżanie się wzajemne, manipulacja, zniechęcenie, zobojętnienie,. To jeszcze bym dodała do kompletnego opisu naszego związku. Na dziś nie ma we mnie pamięci o tym co było dobre i piękne, choć przecież wiem, że było. Na dziś widzę Cię tak jak widziałam w sennych koszmarach – z obojętną twarzą, lodowatymi oczami, szyderczym uśmiechem. Na dziś pamiętam tylko jak zabiłeś mnie słowami o tym jak wreszcie znalazłeś kobietę swojego życia. Tak jak ja pewnie zabiłam Ciebie 12 lat temu mówiąc o Piotrze. Każde z Nas dziś się odradza. Zaczyna na nowo. Próbuje odbudować wiarę w miłość i zaufać. Ze względu na Naszego wspaniałego Syna musimy się z tym zmierzyć bez prania brudów przed sądem. Dla mnie jeszcze dodatkową motywacją jest moja trzeźwość i chęć bycia przyzwoitym człowiekiem.

Przegraliśmy tę walkę dawno temu. Szkoda, że w międzyczasie poraniliśmy się tak bardzo. Że nasza miłość, która przecież była ogromna, nie pomogła nam rozstać się we wzajemnym szacunku.

Powiedziałeś, że miłość Twoja do mnie umierała, umierała aż w końcu umarła. Teraz wiem o czym mówiłeś. We mnie też już jej niewiele zostało. Ale chciałabym tą odrobinę zachować. W końcu jesteś Ojcem mojego Syna, w końcu przeżyłam przy Tobie ogromną część swojego życia. I nie chcę tylko żałować. Chcę przypomnieć sobie kiedyś dlaczego Cię pokochałam i dlaczego byłam z Tobą tyle lat. Chcę kiedyś wrócić do zdjęć, do dobrych wspomnień. Kiedyś choć jeszcze nie teraz.

Żegnaj Moja Miłości, która okazałaś się nie być miłością mojego życia.